Autoryzowany wywiad z Piotrem Ratyńskim

ratyński

Opowiedz historię działalności LFW. Akcje,które przeprowadzałeś miały charakter walki odwetowej wymierzonej w budynki, obiekty znienawidzonych instytucji. I to jest to, co mogę popierać, lecz czy dopuszczałeś taką możliwość, że ofiarami mogliby zostać przypadkowi ludzie?

Nasza walka nie miała charakteru odwetu. To była zbrojna propaganda. Chodziło nam o to, by zepchnąć anarchizm z drogi pacyfizmu i aby radykalnymi akcjami propagować samą ideę. Już po pierwszych artykułach w komercyjnych gazetach powszechnie zaczęto utożsamiać anarchistów z terroryzmem, a wtedy wielu przypomniało sobie o rewolucyjnej tradycji Ruchu i efekt jest taki, że dziś anarchiści walczą podczas demonstracji, nawet atakują kościoły. Było to nie do pomyślenia przed 1990 r. Byliśmy pierwszą w kraju bojówką „Radykalnej Akcji Antyfaszystowskiej”, choć nikt z nas wówczas nie miał pojęcia o istnieniu czegoś podobnego.

Wiedzieliśmy, że bezkompromisowe akcje z elementami przemocy łatwo podniecają młodych ludzi. Młodych, niezadowolonych i głęboko samotnych. Tak więc niejako automatycznie stawały się nośnikiem treści politycznych. Ten mechanizm funkcjonował w historii od zawsze. Taki sposób należy do anarchistycznego abecadła. Choć z drugiej strony stanowi główną przeszkodę w skonstruowaniu pozytywnego programu dla Ruchu.

Rozumiem to, że popierasz ataki na budynki, zaś nie godzisz się z atakowaniem ludzi. Znam taką postawę. Ciekawi mnie tylko jak sobie wyobrażasz anarchistyczną rewolucję, która przecież może mieć tylko jedno oblicze masowego aktu przymusu bezpośredniego wobec wszystkich tych, których funkcje społeczne wprawiają maszynerię państwa w jednostajny ruch.

Co do LFW, to nie byliśmy w dostatecznym stopniu zakonspirowani, by ważyć się zaatakować osoby. Dbaliśmy więc tylko aby nikt nie został ponad miarę zagrożony. Podczas późniejszego procesu adwokaci czynili z tego faktu okoliczność łagodzącą.
Historia LFW jest bardzo krótka, bo obejmuje coś około dwóch lat aktywnej działalności w Trójmieście, Grudziądzu, Warszawie i na Litwie.

Oto chronologiczny wykaz akcji:

1. Akcja na główną siedzibę NSZZ „Solidarność”. Gdańsk.
Sześć osób obrzuciło budynek butelkami z benzyną, kamieniami i trzonkami od siekier

2.Konsulat ZSRR w Gdańsku.
Pięć osób z butelkami z benzyną.

3.Dyrekcja Okręgowa Kolei Państwowej.Gdańsk.
Jedna osoba z granatem gazowym UGŁ-200. Cztery osoby obstawy.

4.Redakcja „Głosu Wybrzeża”. Gdańsk.
Dwie osoby z bombą prochową niewielkiej mocy. Trzy osoby obstawy.

5.Biuro PLL”Lot”. Gdańsk.
Jedna osoba z UGŁ-200. Pięć osób obstawy.

6.Tory kolejowe na Litwie.
Jedna osoba z dwukilogramową bombą (trotyl), butelką z benzyną i granatem paraliżująco-duszącym. Bomba nie eksplodowała z powodu wady konstrukcyjnej zapalnika. Ładunek pozostał pod torami.

7.Wojskowa Komisja Uzupełnień. Grudziądz.
Trzech ludzi z butelkami z benzyną.

8.Posterunek Żandarmerii. Grudziądz.
Jedna osoba z butelkami z benzyną.

9.Sklep mięsny. Grudziądz.
Dwie osoby z niewielką bombą prochową. Ładunek nie eksplodował, lecz gwałtownie spłonął osmalając jedynie witrynę sklepu.

10.Budynek PKS-u. Grudziądz.
Jedna osoba z niewielką bombą prochową. Eksplozja wybiła jedną szybę.

11.Synagoga. Warszawa.
Dwie osoby z UGŁ-200.

12.Ambasada Izraela. Warszawa.
Jedna osoba z UGŁ-200.

Co możesz powiedzieć o insynuacjach i oszczerstwach wymierzonych w LFW w celu skompromitowania was (jako rzekomej prowokacji UOP-u) w oczach anarchistów. Dlaczego redaktorzy „Mać Pariadki” tak gorliwie oczerniają i piętnują LFW?

Naprawdę niewiele. Każdy dupek w dużym i małym mieście miał swego czasu teorie na nasz temat i na temat przemocy w walce politycznej, lecz jak było naprawdę wiedzą tylko ci, którzy brali w tym aktywny udział. Co nieco wie także UOP i w dalszej kolejności prokuratura. Reszta to czcze wymysły kabotynów i fantastów. Pokutuje w mentalności Polaków obawa przed tymi, którym wiedzie się lepiej, a muszę powiedzieć, że każdy z anarchistów biorących udział w zajęciach LFW doznał politycznego spełnienia. Lepiej było oszczercom zarzucać nam prowokacje wobec Ruchu, niż tłumaczyć się z własnej bezczynności. Anarchista musi walczyć i basta! Nikt przecież nie zrezygnuje dobrowolnie z władzy. Tak jak kołtun nie przestanie być sobą. Są rzeczy o które wystarczy poprosić, lecz są i inne – o nie już trzeba walczyć. Nie każdemu wystarcza na to odwagi i to jest główny powód oskarżania nas o różne cuda. Herszt „Mać pariadki” ma totalitarne apetyty wobec całego Ruchu, więc zwalcza konkurencje. I słusznie,albowiem ze swej strony proponuję bojkot „M.P” jako pisma kłamliwego i manipulacyjnego.

Swego czasu współtworzyłeś squot w Sopocie. Co składało się na istnienie tego anarchistycznego centrum i jakiego rodzaju aktywność podejmowałeś w ramach tego squotu? Co było powodem jego rozpadu?

Istotnie, było to swego rodzaju anarchistyczne centrum. Powstałe raczej samorzutnie w sposób dla organizatorów niezauważalny. Zajęliśmy budynek w celach mieszkalnych, no i trochę na przekór władzy. Mieściło się tam bowiem archiwum Milicji Obywatelskiej, a jeszcze wcześniej siedziba Gestapo. Było to naprawdę wymowne miejsce. W 1990 r. panowała w całym kraju moda na okupację państwowych budynków, zwłaszcza siedzib PZPR. Nas także ogarnęła ta swoista gorączka. Prędko zrodziła się myśl wykorzystania squotu do co piątkowych spotkań głównie anarchistów. W każdą środę lub czwartek pojawiała się na mieście setka odręcznie robionych plakatów zapraszających do „Klubu Wolnej Myśli” z hasłem sugerującym temat dyskusji. Zapraszani byli: Gwiazda, Walentynowicz, jakiś walczący Kurd i Palestyńczyk. Był także szef sopockiej „Solidarności”, a każdy z nich ze swymi problemami.

Liderem klubu był Klaudiusz Wesołek, zaś moja rola ograniczała się do mycia podłogi przed spotkaniem, produkcji i kolportażu plakatów. W pewnym momencie wszystkim przestało się chcieć gadać, a co więcej u niektórych pojawiła się lekko stymulowana chęć działania. W miarę przechodzenia od czczego gadania do akcji bezpośredniej znakomita większość rewolucjonistów zdystansowała się do nas przypatrując się ciekawie naszemu pojedynkowi z władzą.

Znacznie później squot ewoluował w stronę zwykłej meliny i przechowalni zbłąkanych dusz z całego kraju i nie tylko. Pewnego razu gościliśmy bandę hipisów z Czechosłowacji, którzy po kolacji zaczęli się szprycować dziurawą strzykawką. I to był koniec sopockiego squotu.

Napad Rosji na Czeczenię jest po prostu terroryzmem państwowym wymierzonym w cywilów, a jednak kiedy Czeczeńcy biorą cywilnych zakładników wśród Rosjan i żądają zaprzestania okupacji ich kraju, wtedy media oskarżają ich o bandycki terroryzm. Jednak Rosja pod presją społeczną musiała zaprzestać działań zbrojnych w Czeczenii, zaś żadne miediacje pokojowe nie były w stanie zmusić ich do tego. LFW chciał wymusić na państwie uzyskanie autonomicznej gminy na Mazurach lub w Bieszczadach, wolnej od administracji. Jednak byliście osamotnieni w swoich żądaniach. Czy więc lepiej jest stosować rozmowy pokojowe czy akcje zbrojne?

Anarchiści powinni stosować rozmowy pokojowe, poprzedzone walką zbrojną. Tego właśnie uczy wojna w Czeczenii.

Przebywałeś w zamknięciu 13 miesięcy za swoją nieugiętość i brak skruchy wobec aparatu przymusu. Byłeś anarchistycznym więźniem politycznym, jednak zostałeś uwięziony z kryminalistami, biorąc na siebie odpowiedzialność również za twoich towarzyszy, którzy w obliczu kary załamali się. Jednak pobyt w więzieniu nie spowodował u Ciebie zwyrodnienia, chęci przetrwania. Czytając twój pamiętnik z okresu pobytu w areszcie chciałoby się nigdy tam nie znaleźć. Co możesz powiedzieć tym,którzy tam wylądują,w ramach przyjacielskich wskazówek?

Pierwsza rzecz to skrucha. W kryminale nie ma miejsca na walkę polityczną, trzeba zachować cnotę. Tak naprawdę to nikogo nie interesują bohaterskie pozy. Można się wykrwawić w absolutnej ciszy. Dobrze jest się zastanowić w porę dokąd możesz się posunąć. Na wszystko jest inny paragraf, inny wymiar kary. W razie nieszczęścia niezbędny jest adwokat, który za pieniądze załatwia bardzo dużo. Na wolności trzeba walczyć o obalenie systemu, zaś w kryminale walczymy o wolność.

Śledztwo i przewód sądowy to dwie zupełnie różne rzeczy. Jeśli istnieje szansa na wyłganie się przed oficerem śledczym to należy tak uczynić. W wypadku poważniejszej sprawy trzeba odmówić zeznań wstrzymując się do czasu procesu. Jeżeli zaś chodzi o drobiazg którym próbuje nas szachować policja należy udać się do najbliższej kancelarii adwokackiej po jednorazową poradę prawną.

Wtedy wszystko wygląda mniej groźnie i niebezpieczeństwo nabiera właściwych rozmiarów. Lepiej jest przecież zapłacić te 20 zł niż pęknąć, czy dać się wrobić.

Nie należy oglądać się na współtowarzyszy niedoli, na to, czy sypnęli. Nie wolno rozumować w ten sposób: „oni zeznają,więc i ja nie mam wyjścia”. Na to jest czas przed sądem. Po pierwszym szoku przychodzi zazwyczaj opamiętanie, więc lepiej jest jeśli jedna czy dwie osoby odwołają przed sądem swe zeznania, niż cała grupa oskarżonych. Reguła jest taka: jeśli brak ci dostatecznych motywacji, lub nie jesteś wyjątkowo twardy to po prostu uczynisz wszystko byle tylko wyrwać się z kryminału bez względu na ponoszone koszty moralne. Wobec tych, którzy nie potrafili zachować się należycie podczas śledztwa trzeba stosować bojkot towarzyski. Ktoś taki to przecież zdrajca i potencjalny kapuś. Niestety Michał K. i Izabela F., judasze LFW, chodzą w glorii męczenników i jakoś nikomu nie przeszkadza świadomość roli jaką te osoby odegrały w czasie policyjnego śledztwa. Niestety nie powiodła sie próba odwetu na I.F.,jedyna o jakiej mi wiadomo. Do innych zabrakło determinacji.

Sądzę, że warto by to naprawić, więc publikuję jej adres anarchistom.

 Jak oceniasz dzisiejszą sytuację Ruchu Anarchistycznego w Polsce?

Sam nie wiem. Niby są pisma takie jak „Pierwsza Linia”, tłumne demonstracje w słusznych sprawach, ale niewiele w tym anarchizmu i rozsądku. Takie tam kontrkulturowe zamieszanie, jazgot konfliktu pokoleń. Mówię wyłącznie o anarchizmie. Z tym jest rzeczywiście kiepsko. Wiem,że to ulegnie zmianie, to już tylko kwestia czasu, zresztą fakt, że wasza redakcja uznała za potrzebne i warte by dotrzeć do mnie przez pośrednika przemawia za postępującą ewolucją zainteresowań.

Kiedyś niezbędni byli liderzy o silnych osobowościach umiejący pociągnąć za sobą innych, właśnie tacy jak Kurzyniec,czy Galiński. Teraz ludzie są bardziej samodzielni. Minęła moda na przywódców, a to rodzi nadzieję na klonowanie inicjatyw. Dzisiaj skoro ktoś chciał podpalić kościół, to nie pytał o zgodę i nie zważał na jakieś tam odcinanie się niegrzecznych dzieci z „Mać Pariadki”, tylko spakował benzynę do plecaka i wyruszył w drogę. To budzi u mnie szacunek.

Jakie zmiany powinny nastąpić w Ruchu, aby stał sie on realną siłą i był w stanie realizować swe cele?

Przede wszystkim należy stworzyć warunki, pomóc ludziom by zdejmując punkowe fatałaszki nie odrzucali poglądów jakim hołdowali w latach beztroskiej swawoli. Ruch anarchistyczny powinien egzystować niezależnie od młodzieżowej kontestacji.

Musi mieć program pozytywny, wokół którego można by organizować walkę, tak by było do czego wracać choćby i po pięciu latach odsiadki. Należy także zmienić stosunek do dragów i alkoholu na korzyść rozumu i rozsądku. Potrzeba rzetelnej pracy i odpowiedzialności, ale z tym to już chyba będzie gorzej. Pamiętam, kiedy podobny pogląd w tej kwestii zasunął J. Waluszko. Większość anarchopunków była głęboko oburzona. Tak, z obowiązkowością będzie zdecydowanie najtrudniej.

Czy zamierzacie kontynuować dotychczasową działalność?

Tak

Dyskusja

  • Jacek 3 lata temu

    Bardzo prosze o kontakt kogoś z GwO, albo samego Piotra, którego poszukuję i bardzo proszę o kontakt. Znamy się z dawnych lat. Jestem reporterem