„Robić dobrze, nawet robiąc źle” – pamiętnik więzienny Piotra Ratyńskiego – cz. III

ratyński

Za chwilę idziemy na spacer.Wyprowadzają nas na spacer.Włożyłem dwie pary skarpet.Jest już listopad,kłęby pary buchają nam z pysków,a ja nadal chodzę w trampkach.Sciany cel straszliwie zimne.Nie można się o nie opierać.Mrożą nawet przez dwie koszule i bluzę.Sedes straszliwie śmierdzi.Nie potrafiłem go umyć.Jest okropnie zapuszczony.Rdzawy,cuchnący nalot pokrywa niemal całą powieżchnię.Otwarcie klapy każdorazowo sprowadza falę smrodu.Kwaśnego,stęchłego smrodu.

*

Wczoraj,włożyłem sztruksy i pochyliłem się aby zawiązać sznurowadła.Poczułem się bardzo dobrze.W cywilnym ubraniu,zawiązywać białe sznurówki sportowych butów.Moje ręce wydały mi się ładne.Jakby trochę,ręce męszczyzny.Całe ciało szczupłe i gibkie.Zupełnie tak jakbym dopiero co wrócił z pływalni lub sportowego boiska nie zaś zdjął nieświeżą piżamę i jasną,szpitalną (więzienną) koszulę. Pozostałem tak dłuższą chwilę.Nikt nie zwracał na mnie uwagi.Tak mi się przynajmniej wydawało.X pisał skargę do rzecznika praw obywatelskich.Y leżał z otwartymi oczami.Już na spacerze zrozumiałem sens refrenu:”Piękne są tylko chwile”.On uśmiecha się do mnie.Jeszcze nie chwycił.Poprzez jazgot selfprezentacyjnych rozmów nadaję mu przez całą długość pokoju! „Piękne są tylko chwile”.Dopiero wtedy widzę w jego oczach,że zgadza się ze mną.Chciałem napisać,że robi mi się przyjemnie ale nie byłoby to w zupełności tym o co wtedy chodziło.Niech wam jednak będzie:i wtedy zrobiło mi się przyjemnie.Jeśli ktoś myśli tak jak ja to jest nas dwuch!

*

odkrycie-
Miałem sen.Wysiadłem gdzieś w centralnej Rosji na wielkim zatłoczonym dworcu prowincjonalnego miasta.

*

Na Litwie każdy porusza się jakby w cudzej skórze.Wszyscy sprawują kontrolę.Są zaszachowani.W jakiś wietrzny dzień wyszedłem na drugą stronę Rossy.Szedłem wzdłuż torów kolejowych za jakąś maleńką dziewczynką,która była prowadzona (pod opieką) przez harta.
To,że była biedna,maleńka Poleczka… podskakiwała jak czerwony pajacyk.Byłem oddalony od niej o 100 m.
Starałem się nie spłoszyć jej.Cudownie natóralna.
Sądziła,że jest absolutnie sama.Tylko ona i jej poważny przyjaciel.Śliczna.Podrygiwała niczym rusałka.Mówiła do swojego psa trzymając oburącz jego głowę.Opuściło mnie zmęczenie.Chciałem tak iść za nią aż za choryzont.

*

Otrzymałem list z którego nic nie mogłem zrozumieć.Chyba była to jakaś pomyłka.Treść częściowo pasowała do moich spraw, ale całość jakby przeznaczona dla innej osoby.Nieważne.Przestałem wychodzić na spacery.Nic mi się nie chce.Myśleć mi się nie chce.Niewiele czytam.A jeżeli nawet to żeczy błache.

*

To nie do wiary,ale słuchamy muzyki,mówimy: szamią? nie szamać! Bony „M” i puszczamy bąki.Dławimy się śmiechem.Ktoś krzyczy:każdy bawi się jak umie! Szlagier ostatnich dni.Przed otwarciem klapy sedesu mówimy formułkę:szamią? Nie szamać! I powtarzamy ostatnie słowa jakie padały w rozmowie,TV lub radiu.Z przykrością konstatuje,że bywa to śmieszne.
Wstydzę się tego.I zalewam łzami.
Moja siostra nie otrzymała widzenia.Wysłała mi paczkę.Cukier,herbata,cebula,mleko,jabłka,kakao…słowem wszystko to czego potrzebuję.Ciekawe czy ona zdaje sobie w pełni sprawę jak bardzo mi pomaga.

*

Drogi pamiętniczku.Bialutki powierniczku.Rozchyl swe pachnące stroniczki,abym mógł poszeptać ze sobą. Przyjmij,bezgłośnie to wszystko,pisane na górnym koju zasłanym brudnym,nieświeżym kocem.
Bądź dla mnie namiastką życzliwych ramion i rytmicznie bijącej piersi.Poddawaj mi się bez cienia skruchy.Przejdźmy razem ten odcinek.Wyobraźmy sobie,że to tylko sen.Nawet nie dodam słowa:zły.To tylko sen,sen o uniwersytecie.Takiej uczelni na którą papiery złożyłeś w wieku 13,12 lat.Jak do tej pory dostałeś to czego chciałeś.Bądź więc zadowolony. Pomyśl:jeżeli dalej nie opuści cię szczęście,”Szczęście” (może ktoś tak by wolał) to będzie jeszcze kolorowo.Kiedy pomyślę o tym,dostaję dreszczy.Po wyjściu na wolność muszę przyłożyć większą wagę do tego,od czego tak skutecznie uciekałem.Zajmę się żeczywistością.To jasne,że nie oprę się sposobności.Na co? Ba! To tak oczywiste! Że aż opadają ręce.Nie należy tego robić lecz ja się wyłamię,nigdy nie wolno mówić wprost takich rzeczy.Lękam się jednak iż inaczej umknie mi to.Zrozumiałem co to znaczy odnaleźć siebie.I nawet odnalazłem.Wszystko to co ostatnio przeżyłem było niezwykle ważkie.Marichuanowy seans w noc poprzedzającą wyjazd do Wilna.Pobyt TAM.Więzienie,bujka. Obie jak się okazuje były bardzo istotne.Przekonałem się kim teraz jestem.To takie banalne,a ja inaczej nie potrafię!
Pragnąłbym (ach,jak subtelnie!) być nieco bardziej skomplikowanym.Z czymś takim byłoby mi do twarzy.Tak,to jest miłe.Mówi się inteligentny chłopak.O jest coś ważniejszego.Mniej mówić.Zwłaszcza o sobie.Marsowa mina,powściągliwość.Trzeba być tajemniczym.Sprawiać wrażenie człowieka sukcesu.Kogoś,kto zawsze ma coś w zanadrzu.Nieograniczone możliwości rozwoju.Jasna przyszłość.Sportowa sylwetka.Żadnych słabości,choć już obowiązkowa jest maska litości nad nieudacznikami.Można się litować-obiegowe określenie: wrażliwość.Porządana.Dobrze jest być w białym swetrze z opaloną twarzą i zmieżwionymi, puszystymi włosami.Blondyn. O! I koniecznie lśniące zęby.

*

Od miesiąca nie brałem notatnika,mojego notatniczka,do ręki.Unikałem go wszelkimi sposoby.Wracać pamięcią,cofać się by powtarzać to co się zdarzyło dni lub tygodnie temu? Nie…jestem zbyt leniwy.A wydarzyło się bardzo wiele…ale stop! Dosyć już na wstępie.Ani słowa więcej.Zrozumiałem wstrzemięźliwość weteranów dramatycznych wypadków.Jak opisać komuś siedzącemu w wygodnym fotelu własne wrażenia z wnętrza płonącego budynku czy pokładu tonącej łodzi? Spiłem kiedyś litewskiego uczestnika wojny w Afganistanie.Zamiast się zwierzać zaczął płakać i błagać mnie o wybaczenie. Myślałem że udaje.Po prostu-gra.Kombatant! Wystękał,że doskwierało im pragnienie.Spękanymi do krwi ustami żuli górski mech,aby nie oszaleć.Proste pytanie: z czego strzelali do was? Odp: ze wszystkiego.A zresztą,nie wiem bo nie wystawiałem głowy!
Moje wrażenie z kryminału? Pustka,samotność? Tęsknota za błękitem nieba? Nic podobnego! Pierwsze skojarzenie-puszczanie bąków,inaczej:pierdzenie.

*

Byłem przekonany,że za miesiąc skończę 23 lata.Jednak ktoś uświadomił mi,że to będzie 24 lat.Przeraziłem się.Jakgdyby ktoś niepostrzeżenie skradł mi całe 12 miesięcy życia.Wróciłem do celi w lekkim szoku.Dookoła całe mrowie starczych 19-latków.Grobowych,przepitych z chropowatymi głosami 17-letnich złodzieji.Dzisiaj ktoś mnie zagadnął ile ja mam w końcu lat (sic!) Kiedy moje usta artykółowały odpowiedź,słuchałem tego ze zdumieniem.Jestem już dorosły.Dorosły facet.To do czegoś zobowiązuje.Tylko nie bardzo wiem do czego.Chyba idzie tu o odpowiedzialność. Dorośli ludzie są zawsze za coś odpowiedzialni.I cyniczni.A dobroć to naiwność.Naiwność zaś to infantylizm.Infantylne są dzieci więc jak u licha mogę być dorosły starając się byc poprostu dobrym ?!

*

Otrzymałem paczkę żywnościową z lipnym adresem nadawcy. Ciekawe,kto to może być? Wspaniałe wydażenie.Doniosłe wydażenie.Jestem tutaj sam,ale znowu nie tak do końca!

*

Wigilia.Moja najlepsza.Od tej pory przestanie mi się kojażyć z prezentami.Jakaś kobieta zaczęła czytać na głos:

Piszę Ci,synku,list z daleka,z domu
na szybach śnieżne błyskają się płatki
wspominam dawne dni-i po kryjomu
płaczę…Ty synku zrozumiesz łzy matki.

Wszystkim stanęły łzy w oczach.Wszystkim,bez wyjątku.Poza tym mnustwo zażenowania.Ksiądz robił co mógł,sklejał imprezę,latał z każdej strony.Spiewaliśmy kolędy.Czegoś takiego nigdy przedtem nie słyszałem.50 złodzieji ryczy przy otwartych oknach:”Dzisiaj w Betlejem…”
Ktoś nie chciał niczym się częstować-grypsujący.To byłoby kulawo! Sztywniak.Złodzieje zaczęli dzielić się opłatkami.Wychowawcy i naczelnik również.Stałem pomiędzy tymi grupami z opłatkiem w ręku.Po chwili wachania zacząłem składać życzenia pracownikom.Kilku złodzieji poszło za moim przykładem.Jeszcze nie znam skutków wigilijnej wylewności.Zdumienie.

*

Uczyniłem coś bardzo złego.Czuję przemożny wstyd.Jestem zakłamanym gnojkiem.Jeśli powiem komuś o tym co się w dniu dzisiejszym stało, to będzie to wyłącznie na wielkim haju.To,że tak musi być,to takrze wina innych.Może nawet bardziej niż moja.Ja jestem gotów mówić,ale kto jest gotów słuchać? Znak zapytania wielki niczym sterta pięciu miliardów ludzi.Ta historia jest mimo wszystko pouczająca.Koniec końców to moja wina.Gaszę papierosa w puszce po konserwie rybnej.Panie „Życie Wewnętrzne”,kiedy poznam kogoś,komu będę mógł o tym wszystkim powiedzieć? Nie wolno postępować niesprawiedliwie. Zapisuję chociaż wydawało mi się,że wiem o tym.Zapisuję-by pamiętać.Co ja czynię,że wciąż zwiększam różnicę pomiędzy tym jaki jestem,a tym jaki chciałbym być.Shizofrenia.
Jeśli tak,to ta z tych nabytych.Shizol.Thuż.

*

Czym dłużej tu przebywam,tym bardziej zaciera mi się wizerunek wolności.Życie bieżące więzienia,absurdów i bezduszności,jakby postawione do góry nogami, zaskakujące-straszliwie niechciane;wypełnia treścią całego mnie.Angażuje bez reszty niepozostawiając ani kszty miejsca na nawet niewinne marzenia o spokojnym,banalnym życiu. Chwilami czuję się jak w oku zwariowanego cyklonu. Zaprojektowanego w atelier idiotyzmu.
Przez te cztery miesiące zamknięcia przetoczyły sie po moim karku tabuny wydażeń.Mam tu więcej przygód niż na wolności.Jestem bezwolną,inercyjną pacynką.Mogę jedynie krzywić twarz w grymasie niezadowolenia.Co jeszcze znajduje się przedemną? Przez co przejdę nim wyniosę na wolność swoją torbę pełną ksiązke?
Co mi zgotowano na jutro?! Gdybym się jeszcze tak zaraził chorobą weneryczną poprzez źle zdezynfekowane spodnie okrzykną mnie łajdakiem,dziwkarzem.Oplują mnie,miast przeprosić.Świat się kręci,a ja wraz z nim.

*

Z wolna przestaję być pewnym czego tak naprawdę chcę.Coraz częściej maży mi się tylko fragment,stop klatka.W każdym bądź razie zero pomysłów na całe życie.Jak łatwo jest nienawidzieć ten kraj.W kilka miesięcy wyssał ze mnie wszystkie żywotne siły.Kiedy mi źle,kiedy mam depresję nie pocieszam się niczym jasnym.Zdetonować trotyl w Mariocie-ot co! Oczami wyobraźni widzę skutki.Od razu lepiej.Lżej oddychać.Można się w końcu odprężyć.
Chciałbym mieć coś za sobą.Stabilny fundament? Tak.Wiktoriańską architekturę w tle i ludzi…określonych. Nie,tych zakompleksionych fatalistów.Cholerne pijawki! Sama energia niszczenia.Kciuki do dołu zamiast orła na czerwonym tle.Satysfakcja niszczenia.No,to mam coś,co mnie tłumaczy. Za granicą chce mi się wszystko.Tutaj-odczówam jedynie pragnienie ucieczki.Jak to świetnie,że mam chociaż Ciebie,ty pieprzony dzienniczku-samotniczkó.

*

Wielki dzień.Wigilia.
Zlazłem z koja przed dziesiątą.Bogdan wciąż śpi.To lepiej.Twarz mam opuchniętą.W ustach czuję niesmak.Będzie to moja pierwsza wigilia,którą spędzę w piżamie.Robię czekoladę.Taką świąteczną.Sypię nieco więcej mleka w proszku i granulowanej czekolady.Wesołych świąt! Pochylam głowę nad betonowym blatem stołu i słucham jak ziomek oprużnia wypełniony przez noc pęcheż.
Święta Bożego Narodzenia.Betlejemska Gwiazdka.Śnieżek pruszy w okna.

*

Niedzielny wieczór.Koniec świąt.Mam zupełną pustkę w głowie.W lutym będzie to mój ósmy miesiąc aresztu.24 lata z tego prawie jedno w więzieniu.Gdyby nie ja,to kompletnie niepotrzebnie.Nikt z tego nie skorzystał-poza mną.Tylko co z tym zrobić po tamtej stronie murów? Mógłbym spędzić tu jeszcze sto takich miesięcy i żadnemu anarchiście by mnie nie zabrakło.Być żołnierzem nieistniejącej wojny to prawdziwa tragedia.Ja zaś jestem jeńcem wojennym. Pozbawionym wolności.Od kurdów i Palestyńczyków nietrudno usłyszeć słowa wdzięczności.Od anarchistów zaś jedynie zarzóty i oszczerstwa.Na czarnych sztandarach należałoby złotą czcionką wypisać:”PARANOJA”.To dokładnie odzwierciedla stan naszych umysłów.
*Otrzymałem krótki list od matki.Dlaczego nie piszesz? A o czym mam ci pisać? Ty sie nie zmieniłaś.Lituję się nad Tobą – z mojego powodu.To jest najgorsze.Czuję się niczym wędrowiec po środku pustyni.Pustka po choryzont.A mnie nie chce się nawet maszerować.Nawet nie mogę powiedzieć sobie:rzócam to wszystko! I wrócić.Nie mam dokąd. Przecież nie do swojego pokoiku na drugim piętrze.W miasteczku gdzie nigdy nic się nie dzieje.Miasteczko „Nic Nigdy Się Nie Dzieje”.Brudny chodnik,poszarpane ulice.Grube kobiety z czerwonymi,kluhowatymi nosami.Wszyscy sprawiają wrażenie, jakgdyby nadal byli zmuszeni walczyć o wszystko za pomocą pięści.Może nawet tak nie jest,ale byłaby to dla mnie wielka niespodzianka.Nic tych ludzi nie łączy.Starają się nie mieć ze sobą nic wspólnego.Chyba oceniają się właściwie.Brzydzą się sobą,a nawet gardzą.Jednak to,czego się wstydzą w innych wynosza u siebie za cnotę.Jeśli jesteś sceptyczny to możesz dostać pięścią w nos! Więc lepiej ówierz!

*

Niesposób od tego uciec,lecz nie ma możliwości,by przejść obok.W 1985-88 rzeczywistość była dla mnie potwornie ciężką czapą,przytłaczającą nas wszystkich swym betonowym ogromem.Socjalizm w rozkwicie.Szarzy ludzie,marazm. Anonimowość osiedli mieszkaniowych.Jednak wiadomo było czemu się tak dzieje,kto tym powoduje.Nasze kolorowe środowisko było niczym życiodajna oaza.Niewielu gubiło,a każdy kto tam dotarł był uratowany.Teraz wszystko uległo radykalnej zmianie.Czasza (tak autor nazywa system PRL – przyp.red.) zniknęła,ale nas wszystkich wepchnięto na równię pochylą.Nikt się za nikim nie ogląda.Bez znaczenia czy powiesz,spadają czy się wznoszą,ale ten kto zostaje w tyle,zostaje sam.I nie ma mowy o jakiś oazach,o jakiś azylach.Chyba,że o takich które wyłącznie gubią.

*

Dzisiaj w łaźni ktoś zabrał mi prześcieradło.Nawet nie wiem jakich słów użyć by to opisać.Tego jak się czułem.Nie,żeby mną to wstrząsneło.Tylko Chryste,kim są ludzie,którzy robią innym takie rzeczy? Czemu tak…? Siedzę zgarbiony przy stole,twarz trzymam ukrytą w dłoniach..Przestrzenie Australii,rozległe pampasy Argentyny.Może właśnie w ten sposób.Boję się jednakrze tego,że kiedyś mógłbym zbyt mocno tęsknić.Tęsknić i wrócić już do kompletnie obcego kraju.W którym nie będzie nikogo.

*

Chciałbym mieć ranczo.Najbliższych sąsiadów dopiero za choryzontem.Rąbać drewno.Jeździć konno.Szaleńczo wjechać na trawiastą górę i wygodnie rozparty w głębokim siodle trwać tak przy wschodzie słońca.Świat jest piękny niczym stary fresk.Trzeba tylko zbliżyć się do tych miejsc w których treść przebija poprzez lata cywilizacyjnego brudu.
Tylko nie chciałbym być sam.Bardzo bym nie chciał.Uniknąć samotności.Za wszelką cenę.Być samotnym pośród tysięcy ludzi w centrum wielkiego miasta a być samotnym twarzą w twarz z tym wszystkim co się stopniowo odrzóca,od czego odchodzą pokolenia…uparcie z napiętymi rzyłami szyi i skroni.Wysunięta do przodu głową i wyszczerzoną szczęką.

*

Tak naprawdę,to powoli przestaję myśleć o wolności.Nadal chciałbym wyjść,ale jakgdyby z przyzwyczajenia.Nachodzi mnie mnustwo lęków.Niezupełnie iracjonalnych.Budzę się często w nocy z przerażającą wizją przed oczyma.Toważyszy mi ona wtedy przez resztę dnia.

*

Powiem ci coś,co w sumie mam na końcu języka od bardzo dawna.Niepodoba mi się,wcale,a wcale,kiedy tak mówisz,kiedy tak się zachowujesz.Nie strugaj mężczyzny,nie próbuj.Nic na siłę.Nie do twarzy ci z tym.Nie tobie.

-Słuchaj, ja niczego nie usiłuję.Nie teraz.Nie musze niczego grać.Przynajmniej nie teraz,nie przy tobie.ja niczego nie muszę!

Więcej,dostaję nawet to,co otrzymuje tylko część z kobiet.A uwierz mi,każda tego pragnie.Mnie samemu właśnie to bardziej się podoba.Zastrzeżone dla tych nielicznych o malowanych ustach.

*

PLAKAT!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Uwolnić Ratyńskiego

Zostało zaledwie 9 dni do mojej rozprawy sądowej.Ostatni miesiąc był bezbrzeżnie jałowy.Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy dotąd.Czas w całości wypełniony oczekiwaniem.Boję się.Boję się jakiś uwag pod moim adresem ze strony niegdysiejszych towarzyszy.Jeszcze dwa lata temu tuż po moim aresztowaniu,rozklejali plakaty z żądaniem uwolnienia mnie.Teraz,niektórzy wprost nienawidzą mnie,a ja nie potrafię sobie z tym poradzić.Nie czuję się na siłach tak po prostu wzruszyć nad tym ramionami.Jeszcze nie tak dawno byliśmy prawdziwymi,jak się zdawało,przyjaciółmi.Dzisiaj plują na wszystko co razem czciliśmy.Widziałem Fafę w telewizji.Uczestniczył w organizowaniu zbiórki pieniędzy na rzecz „Orkiestry Świątecznej”.Przeraźliwie odmieniony. Okrutna,bezrozumna twarz.Straszliwy egoista.Pazerny na każde swoje słowo,mogące być zarejestrowane w kamerze.Tak myślę coż można by poradzić na okrucieństwo i bezmyślność. Coż takiego siedzi w niektórych ludziach,że pozwala im na tak olbrzymie wolty w życiu.Widziałem coś takiego: w gronie Szwedów,Niemców,Anglików i Amerykanów ktoś zachował się agresywnie.Nic strasznego.Coś czego my byśmy nawet nie spostrzegli.Ot po prostu,ktoś komuś nazbyt energicznie odmówił dodatkowej porcji ciastek.Tylko,że to,tam i wtedy, spotkało się z natychmiastową dezaprobatą.Wszystkich. Absolutnie wszystkich.Było to widać i słychać.Nikt nie miał wątpliwości co bywa tutaj niemile widziane.Wśród nas uchodzi wszystko.Byle by tylko wymierzone było w osobę trzecią.To wielce prawdopodobne,że i na nas przyjdzie kolej.Wszystko w swoim czasie,lecz póki co kochamy się jak nigdy dotąd.Choroba uczuć.Uczuciowe dzieci.Maleńkie,niedoświadczone, nieświadome niebezpieczeństw życia,bobasy.To mi się nie podoba.To mi sie nie podoba.Nienawidzę tego!

*

Za pięć dni rozprawa.Sąd.Nie mogę spać.Całymi nocami toczę urojone rozmowy z sędzią,prokuratorem,współoskarzonymi.Po włosku rozmawiam z Valentinem.Opowiadam mu o wszystkim. Siedzimy na parkingu,jak dawniej,w jego samochodzie. Patrzymy przed siebie i rozmawiamy.On trzyma ręce na kierownicy.Jest noc,cisza i spokuj.Nikogo nie ma w zasięgu wzroku.Nikt nam nie przeszkadza.My zaś,nie zawadzamy nikomu.

*

„Mieszać” to jakby wspinać się po linie w bardzo gęstej mgle.Czym wyżej,tym bardziej znikasz z pola widzenia,wciąż krygującym się na dole.Po pewnym czasie można pozwolić sobie na ignorowanie ich.Nie moga być pomocni w niczym.Czym wyżej,tym upadek bywa dotkliwszy.Są tacy,którzy zwalają się z hukiem i obolali wdrapują z powrotem.Są naprawdę nieliczni.Intrygują,ale i odpychają.Zwiastują zagrożenie.
Już ich pojawienie się oznacza kres dotychczasowego spokoju,koniec gnilnej stabilizacji.Czym wyżej w mlecznej mgle,tym samotniej.
Na samym szczycie są już tylko zapomniane legendy.Nikogo z kim możnaby przypalić.
Ja upadłem z bardzo wysoka.Mam przeczucie,że kolejny wypadek będzie ostateczny.Będzie to bardzo,bardzo poważny wypadek.

*

Do rozprawy zostały zaledwie cztery dni.Mam grypę.Jestem zakatarzony.Jutro sobota,więc może ktoś mnie odwiedzi.Ni stąd,ni z owąd przepełniony jestem niejasnym optymizmem. Nawet zaczyna mi się wydawać,że będę potrafił przekonać prokuratora i skład sędziowski,aby pozwolili mi odpowiadać z wolnej stopy.Obym tylko nie przeżył rozczarowania.Muszę zachować zdrowy rozsądek.Nie jest to jednak takie proste gdy jedynym partnerem nocnych rozmów jestem ja sam.Chwilami odnoszę wrażenie,że zdołam powiedzieć sędziemu absolutnie wszystko co było z mojej strony do powiedzenia.Powtarzam się więc mając przed oczami ruchy swoich rąk.Jaki byłby ten pierwszy dzień wolności? Rano wycieczka do lasu, niewykluczone,że odwiedzę kogoś.No i nacieszę się domem,muzyką.Rozpakuję przywiezione książki.

*

„A kiedy będzie już po wszystkim,kiedy to wszystko zabiega się na śmierć: …rozkosz występowania wśród mas…powiewania flagami całą grupą… Przyjdzie wtedy ktoś,kto dokona druzgocącego odkrycia: odkryje jednostkę ludzką.Powie wówczas: jest taki organizm zwany człowiekiem,o niego chodzi.I czy jest szczęśliwy,oto jest pytanie.Ażeby był wolny,oto cel.Grupy są czymś drugorzędnym… państwo jest czymś drugorzędnym.Nie o to idzie,żeby państwo żyło – niech żyje człowiek!”

Kurt Tucholski

*

19.01.93
Roman!

Jestem ci niezmiernie wdzięczny za to,że przyjechałeś na moją rozprawę sądową.Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo jest mi to potrzebne.Nie mogę się pogodzić z tym,że Fafa i ten drugi chłopak (niski) wprost bali się zetknąć z moim wzrokiem.Zupełnie jakbym był trendowaty.Mają do mnie pretensję ?
Boże, za to,że pozostałem wierny temu,co było dla nas absolutnie wszystkim,zupełnie niedawno ?
Kiedy widzę jak wielkie spustoszenie wśród nas uczynił miniony okres,jak stopniowo wszyscy się wykruszają,to odechciewa mi się żyć.Staram się unikać myśli na ten temat.Odprężyć się.Nie jest mi jednak łatwo.
Całymi nocami leżę na plecach z otwartymi oczami i toczę wewnętrzny dialog.Setki ważnych i nieważnych żeczy mówię tysiącom ludzi. Znajomych i nieznajomych.
Sprawa w Gdańsku załamała we mnie wiarę w człowieczeństwo. Może nie tak do końca,ale trudno mi będzie o utraconą dziewiczość sądów.
Nie chodzi mi o to,że zeznają – i ja przecież zeznaję.Po prostu nie chcemy tracić życia w więzieniu.To nie może być naganne.Musisz to zrozumieć.
Jednak,zrezygnowali z prawdy na żecz prostszej do pojęcia koncepcji winy.Nie są w stanie udźwignąć odpowiedzialności za to co uczynili.
Łatwo było rzócać butelki z benzyną i toczyć ambicjonalne boje o przywódczą rolę,trudniej zaś,stawić czoła odpowiedzialności.
Dopiero teraz doceniam twoje stanowisko w kwestii ewentualnego odbywania kary.W przeddzień procesu powiedziałeś,że jeśli dostaniesz większy wyrok – skończysz ze sobą.Uznałem to za przejaw tchurzostwa,tendencję ucieczkową.Lecz spójrz dzisiaj na tamtych łajdaków.
Jak to ocenić ?
Zaświadczenie od psychiatry czy z namowy kolegi! Stara gadka! Koledzy namówili,on by tego nigdy nie był w stanie zrobić.
Chce mi się płakać.Jeszcze wczoraj mieli poczucie,że są prawdziwie wspaniali,a dziś…
No coż.Może sądzą podobnie,to ja jestem tym złym.To przecież przezemnie! To ja dałem się złapać! Mea culpa…
Niepostrzeżenie przywykłem do więziennego trybu życia.Myśl,że na wolności tak wiele się dzieje,że trzeba podejmować decyzje odnośnie każdego drobiazgu napawa mnie lękiem.Będzie mi trudno w pierwszych dniach na świerzym powietrzu.Dalej jednak mam w sobie mnustwo sił witalnych. Chyba w dalszym ciągu byłbym w stanie użądzić sobie życie,takie poprostu.Tak aby cieszyć się każdym dniem.Nie wiem jednak jak to będzie wyglądało póżniej.Czuję się z tym podle.
Rozumiesz,po raz pierwszy jestem gotów tego spróbować,a tymczasem nie mogę nawet wyjść do sklepu po mleko.
Życie płata niezłe figle.Marzy mi się choć jedna,jedyna żecz od tego kraju,prezent za który mógłbym być wdzięczny.Było by mi łatwiej.
Pogodziłem się bowiem z myślą,że będę musiał,mimo wszystko, egzystować w tym kraju.Mam pewne plany i chciałbym je zrealizować.Chyba nawet mogę ci o nich napisać.Nie ówierzysz!
Spokojna praca,zajmę się muzyką (zrobię kilka bębnów) i kulturalna pomoc wileńskim Polakom.Przeprowadzę się do Białegostoku.
Życzę ci,abyś takrze ułożył sobie życie po najniższej linii oporu.I nie oglądaj TV! Narazie,inaczej nie można.
Może kiedyś,tutaj albo gdzieś,w jakimś punkcie na ziemi będziemy bardzo potrzebni i na taką chwilę trzeba się przygotować.A to w naszej sytuacji znaczy przeżyć i nie oszaleć.Zacisnąć zęby,a wzrok wlepić w podłogę.Bo inaczej sami się wykończymy.
Niestety to rok 1993,nie zaś 1936 w Hiszpanii.I nic się nie da zrobić.Wiemy to obaj-próbowaliśmy !!!
Jeśli puszczą mnie po kolejnej rozprawie na wolność to chciałbym pojechać do Ciebie na jedną noc.Mam ci tak dużo do opowiedzenia.

P.S pozdrów tam kogoś,kto by jeszcze tego chciał.

*

Bogdan wyleciał karnie na izolatkę.Do mojej celi wjechał starszy,siwy pan.Jest bardzo spokojny.Ja zaś wylądowałem na górnym koju.Tuż obok lipa.Czuję się jakbym leżał na placu spacerowym.Przez ulotną chwilę niepewności opanowało mną niezrozumiałe przekonanie,że za momencik trzasną z chukiem zamki w stalowych drzwiach celi i oddziałowy tonem kelnera zapowiadającego nadejście oczekiwanej potrawy zaanonsuje: „Pakuj się! Wychodzisz na wolność”.Strofowałem się za te myśli.Wiedziałem,mogą być bowiem niezwykle niebezpieczne. Coż z tego! Kiedy pragnienie wolności to obecnie moja słabość rzędu najwyższego.Tuż za pragnieniem pragnienia. Afirmacja absolutu.Punkt najwyższy-ostateczny.
Szczyt z którego można już zawrócić.

*

Czasem powraca wspomnienie zajścia z Rosjaninem. Podświadomie napinam wszystkie mięśnie.Każda najdrobniejsza komurka mego ciała drży niczym rakieta gotowa do startu.Czuję się jak przyklejony do ściany w ogarniętym pożogą pokoju.

*

W dniu rozprawy Fafa wyglądał niezwykle kiepsko.Żadkie włosy zaczesane do tyłu,blada,chorobliwa cera. Szczupłe,wręcz chude ciało.Niezwykle silne napięcie na twarzy.Wyglądał jakgdyby ktoś wypuścił z niego powietrze.
„Małpa” był w czarnej szwedce.Włosy przystrzyżone bardzo krótko.Zacięta twarz.Chmurne oblicze.
Kielas ukrył twarz w dłoniach kiedy adwokat odczytywał oświadczenie o jego ograniczonej poczytalności.Sprawiał wrażenie kogoś o kim mówi się: „pragnąłby zaryć się pod ziemią”.Całość sprawiała wrogie wrażenie.Zobaczyłem to czego się spodziewałem.Śmiech,ale to zwyczajny spisek przeciwko mnie.
Jedynie na obliczu Fafy dostrzegłem lekkie wyżuty sumienia. Jednak nie krępuje go to zbytnio.Nie zanosi się na to aby oszczędzał się cokolwiek.

*

Po trzech miesiącach dekownictwa w celi wyszedłem na spacer.Po czterech minutach prosiłem dyżurnego policjanta aby zabrał mnie spowrotem.Działo się to kilka godzin temu ale sam już nie wiem jak o tym myśleć.Co powoduje ludźmi by byli tak okrutni i bezwzględni.Przecież nie trzeba było mi ubliżać ani tym bardziej wpychać do brudnej kałuży.Nic to przecież nie zmieniło.Nikomu się nie przysłużyło.Może tylko ktoś poprawił sobie samopoczucie.Niewiele.Takim kosztem. Cały czas dzwięczy mi w uszach kakofonia najgorszych przekleństw jakie słyszałem w życiu.
Zupełnie czym innym jest krutkie zwarcie z bandytą na bezludnej ulicy -twarde i brutalne- ale jakrze różne od doświadczenia przebywania z nim w jednym pomieszczeniu,w zamkniętej przestrzeni.Tęsknię do rzeczy miłych i dobrych, do łagodnej rozmowy,kołyszącej ciszy.Spaceru leśną ścieżką. Szmeru koron drzew.

*

Przebywam w celi z nowym lokatorem.65-letni dziadek oskarżony o morderstwo.Jak twierdzi,od samego początku,już na dole,na pierwszej przejściowej celi zapewniono go,że będzie osadzony ze spokojnym człowiekiem.Bardzo o to prosił.Jest wylękniony.Biedaczysko.
Dni mijają niezwykle ślamazarnie.Obecnie nie jestem w stanie sięgać wyobraźnią dalej niźli do kolejnej rozprawy.Łudzę się,że sędzia pozwoli mi abym odpowiadał z wolnej stopy.
Niemal jestem gotów błagać o to.Nic nie wskazuje na to abym został zaszczycony zaufaniem Wysokiego Sądu,jestem jednak dobrej myśli.Zwyczajnie nie starcza mi wyobraźni aby ujżeć się w zakładzie karnym.To będzie ponad moje siły.Dedykuję ten wstęp wszystkim młodym,zadziornym anarchistom.
Teraz właśnie dziadek gramoli się ze swojej gondoli. Pojękuje,stęka i szoruje kapciami w stronę sedesu.Otwiera go i zaczyna lać.Sapie,trzęsie się.Okropność.Po co zabijał tamtego nieszczęśnika?! Wczoraj się rozkleiliśmy. Przegadaliśmy całą godzinę.Bitą godzinę o swoich sprawach. Pocieszenie.

*

Psuje się atmosfera w celi.Dziadek,stary,zniedołężniały.Gdy w progu ukazuje się twarz oddziałowego lub pielęgniarki roznoszonej przypisane mu leki,dopalającym się głosem charczy cichutko prośbę o troszeczkę wody.Nieustannie walczę z nim by nie żucał brudnych skarpet w kąt celi,by nie rozstawiał pod ścianami pustych słoików i butelek.Drażni go to,że co drugi dzień zmywam podłogę gorącą wodą z proszkiem.

-Eh! Po co to?! Zawracanie głowy.

Dusi mnie smrodem „Popularnych”.Walczę aby uchylić odrobinę okno.Nie! Dziadek dogorywa.Oskarżono go o morderstwo.Jak twierdzi,niesłusznie.Żekomo wbił komuś nóż w serce.Noża nie odnaleziono.Dziadek buty miał zalane krwią.W trakcie awantury wpadł w pasję.Ryczał i miotał się na wszystkie strony.Z potworną siłą i energią.Zrobił kuchennym nożem ruch jakby cięcia z takim wyrazem twarzy,że uwierzyłem. Bracie,zabiłeś!

*

Oto właśnie otwierają się drzwi „zwijać manatki,przenosicie się na inną celę”.
Potworny bród.Cuchnie stęchlizną.Zlew zapuszczony maksymalnie.Żółte plamy od wylewanej cherbaty.Po brzegach fusy i mokre niedopałki.Na środku podłogi zieje w betonie metrowa dziura wypełniona kostkami betonu.Wszystko spowite miałem i pyłem.Atmosfera budowlanej pakamery.Brakuje tylko mokrych kufajek i gumofilców.
Zakładam elektrykę (kabelki od buzały), rozkładamy swoje manele.Trwa to bardzo długo.Jesteśmy przygnębieni.Często po prostu stoimy z opuszczonymi rękami.Jest nam przykro.

*

Kolejna przeprowadzka.Tym razem pod celę nr.51.Moim towarzyszem niedoli jest cygan.Niski,o twarzy przywodzącej na myśl steraną podeszwę sandała.Wygląda na 55 lat,a ma 35 lat.Prawdopodobnie jest analfabetą,więc mogę pisać swobodnie.On takrze przechodził z celi pod celę,uciekając przed nienawiścią,w tym wypadku o podłożu rasowym.Przy mnie jednak,jakgdyby odżył.Od pięciu minut gotuje się nastawiona przez niego woda na cherbatę.Udajemy,że tego nie dostrzegamy.Litrowy słoik niemal nie wzbije się w powietrze,Cygan jednak czeka aż ja go wyłączę.Wdrapuje się na kojo i gwiżdżę na to.Bez przerwy gwarzy do siebie, zagadując: „Co nie,Pietrek?” Nie reaguję.Ignoruję go zupełnie.Bierze do ręki gazetę i mówi: „wezmę tę gazetę”.Sięga po chleb i: „ukroje sobie kromke,co nie,Pietrek?”.
Z poprzedniej celi zmykał tak chyżo,że zapomniał kilku drobiazgów.W tym nieszczęsnej popielniczki wykonanej z puszki po konserwie.Odgraża się tym,którzy z niej obecnie korzystają,lub co bardziej prawdopodobne cisneli ją do kubła na śmieci.”Chuj im w dupę! Do dzioba skórwysynom”. A chłopcy mają po 190 wzrostu.
Patrzę na niego z tyłu.Pochylony nad stołem,śniady,taki jakiś kusy,o nikczemnej postórze,kruczoczarnych włosach i odstających uszach-Diabeł.Diabeł! Orientalny diabeł!

*

Niedziela.To zaledwie nasz drugi dzień,a już jesteśmy po ostrym starciu.Co za prymitywne bydle.Skarży się,że wszedzie się nad nim znęcają,a w sposobnej chwili prubuje robić dokładnie to samo.Brak mi słów.Aż boję się wracać myślą do takich chwil.Czekam jedynie z utęsknieniem na czas gdy zgasną światła i utulę tważ w poduszkę.Z góry ustalam plan nocnej wędrówki po krainie wyobraźni.Podniecony czekam jego realizacji.
Śmiać mi się chce gdy myślę,po co ja tu siedzę? Co ja tu robię?
Jeszcze nie tak dawno,siedząc w obszernym fotelu w mieszkaniu mojej matki (nigdy bym nie przypuścił,że tak właśnie będe o nim myślał) paraliżował mnie strach na samą myśl,że znowu trafię za kraty.
Oto teraz-jestem.Zamknęli mnie.
Refeleksje.Czy coś nowego? Coś czego dotychczas nie odczówałem? Jednak dopadło mnie uczucie zagubienia w czasie.Brakiem którego,jak dotychczas byłem raczej zaskoczony.Pocieszam się,że chociaż taki z tego pożytek,że zmieniłem się.Jakby to takie nieomal trywialne,wydoroślałem.Przyszło mi właśnie do głowy,że na prawdziwe skutki jak dotąd półrocznego aresztu przyjdzie poczekać do pierwszych dni wolności.Po dwuch miesiącach pokochałem zwykły las,zwykłe łąki.Rozkochałem się w drobiazgach.Tym razem impuls był silniejszy.Zobaczymy.
Chciałbym otrzymać list od kogoś,choćby od Izy.Jakie to obrzydliwe,że wystarczy zniknąć komuś z pola widzenia,aby zostać całkowicie usuniętym z jego życia.Była u mnie w domu,aby zaprosić mnie na swój ślub.Nie zastała mnie-znaczy nie istnieje.Ktoś mnie gdzieś tam pozdrawiał,ktoś prosił by coś przekazać,lecz tak naprawdę…Sam nie byłem inny.
Kiedy pobito „Ślepego” nawet go nie odwiedziłem w szpitalu. Padał deszcz i było zimno,a droga taka długa.Zobaczymy się przecież gdy go wyleczą! Jedynie Romek okazał się inny.Na sprawie rzucił: „Wiesz! Teraz spotykam się z zupełnie innymi ludzmi.Tamtych widuję jedynie w oknach tramwajów”. Czyżby z nim działo się podobnie? Związki polityczne,jeśli to tylko o to chodzi,a chyba niezupełnie,okazały się silniejsze niż konwencjonalna znajomość.Chciałem napisać przyjaźń.

*

Czytam na swoim górnym koju.Cygan opiera się o drzwi celi,zakłada rece na piersiach:”Wiesz Pietrek co? Ja nie umiem czytać po Polsku”.
Chytrze jakgdyby miał to być wesoły sekrecik.”Wiesz,ja wogóle nie potrafię czytać ani pisać” dodaje już smutnym tonem.Dyktuje mi wieczorem list do rodziny.Piszę,starając się poprawić go stylistycznie.Połowę strony zajmuje wyliczanie pozdrawianych osób.Każdą ciotkę,każdego siostrzeńca wymienia z imienia i nazwiska.Teraz jest pora gaszenia świateł.Za chwilę przyjdzie oddziałowy,spojży przez wizjer czy u nas wszystko O.K. i prztyknie światło.Cygan leży i klnie.Wszystkich po kolei.Bluźni aż mi uszy więdną.”Ty,Pietrek! A te chłopaki zawsze się ciebie czepiają jak idziesz do łaźni?”. Niepokój w głosie.No tak,jutro łaźnia.Z tym,że ja idę oddzielnie.Schodzę pod prysznic z dwoma chłopcami.Jeden z nich trochę podobny jest do mnie.W każdym bądź razie,wszyscy jesteśmy trupio bladzi.W moim przypadku jest to już przecież trzeci miesiąc bez spaceru.Jakoś sobie daję z tym radę.Nie brakuje mi tego śmietnika z wydeptaną ścieżką dookoła ogrodzenia.Im widocznie,takrze nie.Smutna jest indolencja administracji.Jak im się wydaje,za co biorą pieniądze?

*

Tuż przed samym nosem,mam zdjęcie wycięte z gazety przyklejone żółtym serem do betonowej ściany.Cały pierwszy plan zajmuje biało-czerwony samochód rajdowy przyobleczony w reklamę „Marlboro”.Lecz z tyłu,jakby po cichu,nieśmiało, pełna wachań,widnieje prastara knieja.Puszcza kanadyjska.Sędziwy bór.Potwornie gróbe,niebotyczne sosny,gąszcz niewiadomych krzewów.Zagadkowe wykroty.Stalowa maszyna jest w pełnym biegu.Wlecze za sobą chmurę kużu z kamienistej drogi.Zda się wychodzić z karkołomnego wirażu.W górnym,prawym rogu „Kto kogo?”.
ŻÓŁty,drukowany napis,czy też raczej jego końcowy fragment.Obaj lubimy to wycięte żyletką z czasopisma kolorowe zdjęcie.Zabawne.Zacząłem je zaóważać krok po kroku – stopniowo.W pierwszych dniach było dla mnie irytującym przypomnieniem współczesności.Kiedy widzę taką rozbuchaną maszynę myślę sobie:
Pol Pot-miałeś rację!

*

Cygan jest sadystą.Bezmózgim okrutnikiem.We wszystkich celach dręczono go i poniżano.Nigdy nie widziałem go inaczej niźli ze spuszczona głową i przygaszonymi oczami.Chyba po raz pierwszy w kryminale znalazł się w innej,powiem nawet,odwrotnej,sytuacji.Teraz on prubuje dręczyć na miarę swoich możliwości.Zagaduje mnie bez przerwy o powód mego niewychodzenia na spacery i do łaźni razem z grupą.Niby to,taki życzliwy.Jakby starał się ulżyć mi,bluźni i przeklina wszystkich,bez wyjątku.On sam, poradził sobie w łaźni w typowy tutaj sposób.Po powrocie wręczył komuś paczkę papierosów i solennie przyżekł,że będzie o czymś pamiętał.Dla niego to najwłaściwsze rozwiązanie.Nazywa ich „chłopaki”.Chłopaki to,chłopaki tamto,zwierzył mi się,że on takrze grypsował,ale niestety skitrali go do wora.Trzech rzóciło się na niego z nożem, poradził sobie lecz nie na wiele to się zdało bo z zemsty zabronili mu grypsować.Powiedział mi to już po pierwszych minutach bytności w celi.ja zacząłem mówić do niego per pan,a on tak bardzo mnie rozczarował.

*

Nie mam niczego do czytania.Książki z mojej torby mógłbym cytować rozdziałami.Spradycznie sięgam do podręcznika języka włoskiego,jednak nie potrafię się skupić należycie.Czas sądu już za osiem dni.Już za osiem dni.

*

Przez chwilę wydawał mi się sympatycznym,takrze nawet przestało mnie drażnić rozkołysane kojo w środku nocy.Pierwszego dnia gdy mnie przebudził,wbrew swej woli jak mniemam,byłem spłoszony,lekko zażenowany.Ostatecznie rozumiem to.Sam jestem człowiekiem.
Kolejne rozbujane noce zaczęły mnie śmieszyć.Wsłuchiwałem się w tłumione posapywanie,przełykanie ogromnej ilości śliny z przepełnionych ust.Na koniec zwykł pochrząkiwać.Tak miękko,łagodnie.
Jak nie zwykł był czynić w ciągu dnia.
oto otworzyły się drzwi.Cygan wpada ze spaceru,a za nim wsówa lewą nogę jeden z naszych sąsiadów.JUż przyciskany przez zamykane drzwi a jeszcze nalega by dać mu TĄ paczkę herbaty.Cygan jest roztrzęsiony.Tłumaczy gestykulując rękami,że herbatę ma schowaną bardzo głęboko,ale – będzie,na pewno! Te przyjaźnie zaczynają go kosztować zbyt drogo.Może teraz będzie potulniejszy.Jednak muszę mu przyznać,że zupełnie nie potrafi docenić spokojnej celi.Drobne uprzejmości przyjmuje za służącą czemuś taktykę.Dobroć zaś za przejaw słabości.

*

Sobota.Dzień odwiedzin.Czekamy niecierpliwie.On takrze się kogoś spodziewa.Wraz z upływem czasu denerwujemy się coraz bardziej.Krążymy po celi obijając się o siebie.Tężejące napięcie zdaje się być namacalne.Siadam na podłodze i zakrywam twarz dłońmi.Staram się uspokoić.Wchodzą policjanci z pałkami szturmowymi.Tzw.atanda.Otwierają okno by drewnianym młotkiem sprawdzić stan krat.Po ich wyjściu Cygan stojąc na środku celi „Skocz no,zamknij to kurewskie lipo!” Mówię mu: „Sam pan nie może tego zrobić?” – przerywam pisanie.Cygan zaczyna mi coś opowiadać o kurczaku,jakiś konserwach.Po raz wtóry wylicza wiktuały otrzymane w paczce.Ignoruję go,ale to zaczyna go złościć.Czym dłużej plecie tym bardziej się irytuje,że go nie słucham.
Zaczyna wykrzykiwać jak to pobił kogoś z poprzedniej celi.
Odgrywa tą scenę na środku podłogi.Aby móc dalej pisać otwieram podręcznik do języka włoskiego i symuluję pochłoniętego nauką.Jest bardzo podejżliwy.Nieufny i brutalny.
Wtedy on wdrapuje się po taborecie na moje kojo,trzaska oknem i zaczyna mi ubliżać.Potwornie.Jest cały podminowany. Stracił panowanie nad sobą.Wrzeszczy: „Jak ci się tu nie podoba to wypierdalaj stąd!”. Podnosze się,sięgam po długopis i kartkę i mówię spokojnie:”O.K. piszę do wychowawcy i się rozstaniemy”.
Wyrywa mi długopis,kartkę z wściekłością ciska do kubła na śmieci.Ma zmarszczone wargi,wyszczerzone zęby.Udeża mnie pięścią w piersi.Nie mocno,tak tylko aby się wyładować.Coś do niego mówię.Reaguję spokojnie.Tak,jak się tego nie spodziewał.W taki sposób do jakiego nie przywykł.Sens tego co słyszy z moich ust jest łatwy do pojęcia.Nawet dla niego.Jest hamem,ale to mi nawet niezbyt zawadza.Mimo wszystko chcę być z nim w jednej celi – jeśli,jak to ójmuję,dojdziemy do porozumienia.Czuję się niczym opanowany treser w jednej klatce z wściekłą bestią.Nie mam nic.Tylko zimną krew.Już po chwili świadczymy sobie drobne uprzejmości.A dopiero po wszystkim puszczają mi nerwy.Nie mogę opanować drżenia kolan.Nie potrafię utrzymać słoika z grzejącą się woda na cherbatę.Prubuję to zatuszować.Nie dać niczego poznać po sobie.Nie chcę dać mu atutów na przyszłość.
On takrze chciałby mnie zatrzymać w celi.Raz,dlatego,że prosząc o przeniesienie podałbym powód,dwa -co istotniejsze- dostałby za współlokatora kolejnego bandytę.Historia powtórzyła by się.Znowu stałby się w celi „cyganem”.

*

Cały areszt obiega informacja o chłopcu,którego dwóch współwięźniów zmusiło do samobujstwa.Zabraniali mu załatwiać się,spożywać posiłki,wychodzić na spacer.Któryś z nich oddał kał na jego pościel.W końcu uległ im.Ledwo go odratowano.Ręcznik nie nadaje się na stryczek.Pytanie:czy naprawdę nikomu się nie skarżył? Czy nikt o tym nie wiedział? To możliwe.Można się poskarżyć wychowawcy, oczywiście – tylko co potem?
Ofiara prędko stanie się kłopotliwym więźniem dla…administracji.Wywołuje konflikty.Widocznie jest konfliktowy.

*

Czwartek.jesteśmy już po obiedzie.Jutro Dzień Sądu.Troszkę koniecznych nerwów.Czasami aż dech mi zapiera w piersiach. Zależy mi tylko na tym,abym wyszedł z więzienia.Chcę odpowiadać z wolnej stopy.Widzę,że nastawiłem się na to bez reszty.Muszę wziąść się w garść bo wkrótce mogę gożko zapłakać.Perspektywa więzienia karnego,jego otwartych cel i wszechwładzy więźniów paraliżuje mnie.Gdy pomyślę,że… Jezu! Nieuniknione kontakty z całą plejadą paragrafów.Od zboczeńców seksualnych do morderców i złodzieji.
To nie może się tak stać.Boję się bardzo.Jedyna pociecha to,to,że wiem za co.Muszę częściej o tym myśleć bo rozkleję się bez reszty.Ta kraina niesprawiedliwości.Gdyby jutro przełożono z jakiś względów termin rozprawy – padam trupem na miejscu.Nie zdzierżę tego.
Jakaż to różnica być tak boleśnie ubezwłasnowolnionym,a mieć bezpośredni wpływy na swoje losy,choćby nawet w równie dramatycznych okolicznościach.Otwarłem zeszycik na przypadkowej stronie i przeczytałem przypadkowe zdanie: „Zostało zaledwie 9 dni do mojej rozprawy sadowej”.Krew odpłynęła mi do stóp.Jutro,o tej porze będę wiedział czy jestem przesądny.

*

Jestem już spowrotem.Siedzę na koju przebrany w swój codzienny,niezobowiązujący struj:piżamę.Sprawa się wogóle nie odbyła.Przesiedziałem w sądowej poczekalni cztery godziny,eksplodując z emocji setki tysięcy razy.Pół roku czekam na pierwszy dzień rozprawy.Pół roku życia,tak po prostu.Nie powiedziano mi nawet na kiedy wyznaczono rezerwowy termin.Bo i po co.Jestem wszak pod ręką.Przyjdą rano i zawiadomią.
Cygan wulgarnymi słowami indoktrynuje mnie.Leżę na plecach,rękami zasłoniłem twarz i starałem się nie słuchać go.Puszczać to zżędzenie mimo uszu.Po chwili jednak zaczął docierać do mnie sens jego słów.Przeklinał kolegów. Rozładowywał się.Jemu też to doskwierało,dręczyło go,”I widzisz jakich masz kolegów?! Tyle już siedzisz,a czy dostałeś od nich chociaż kartkę świąteczną czy paczkę papierosów w sądzie?! Nie ma kolegów! Do zabawy, do wódki – zwłaszcza jak ty ją „stawiasz – to owszem! Kiedy jesteś to wszystko dobrze,ale spróbuj mieć kłopoty! Wtedy kończy się wszystko.Teraz widzisz.Każdy ciągnie w swoją stronę.Jeden nawet stara się zwalić wszystko na ciebie.Takich to masz koleżków”.Leżę i słucham.
Nawet nie próbuję zaprzeczać.
Kiedyś siostra proponowała mi złożenie kaucji.Odmówiłem jej.Byłem pewniejszy siebie.Teraz czuję,że tracę kontrolę nad wydażeniami.Po raz pierwszy nic nie idzie po mojej myśli.Jestem przerażony.Jutro sobota.Może przyjdzie do mnie siostra.Poproszę ją o kaucję.
Powiem jej:umieram każdego dnia.Pomóż mi,proszę.

*

Cygan bez przerwy mówi sam do siebie.Klnie,wygraża komuś.Wychowawcom,strażnikom,więźniom.czasami zapomina się,idzie zbyt daleko w iluzjach i wychodzi na to,że to wszystko tyczy się mnie.Cały czas utrzymuje atmosferę grozy.Zaczyna to przypominać klimat spod wspólnej celi z Rosjaninem.Oby się nie skończyło podobnie…lub nawet gorzej! Jakie to straszne.Zgaszenia świateł oczekuje niczym zbawienia.Wtedy cygan milknie.Czasami siada „w kuchni” pod kaloryferem z miską zupy w rękach i wygląda na to,że jest mu doskonale.Dzisiaj się okazało,że absolutnie nie ma pojęcia co to jest niedzwiedź.Starałem się mu wytłumaczyć.Zostało przy „coś w rodzaju psa”.Jezu,ja piszę,a on się wciąż odgraża najobelżywszymi słowy.Ktoś mu żekomo podebrał tubkę jakiejś maści.Co za słowa.Chryste! Boję się! Dawno nie sięgałem do podręcznika języka włoskiego.Cygan powiedział: „Otwórz to lipo.Muszę się złamać”. Przykryłem nogi kocem i słucham jak dyskutuje z własną kiszką stolcową.Staram się wstrzymać oddech.Właśnie dotarła do mnie fala smrodu.To nic,właśnie kończy – spuszcza wodę.Zamykam okno nie czekając aż cela się wywietrzy.Jest już wieczór.Siostra nie przyszła.

*

Mamo!
Nie pisałem od tak dawna bo,co tu dużo mówić,nie miałem na to ochoty.Dosyć mam tych waszych kłamstw i obłudy.Gośka była u mnie wiele razy,jednak nie zamieniliśmy szczerze nawet dwóch zdań.Pytałem co słychać u ciebie,czy dobrze się czujesz,skoro nie przyjechałaś do mnie.Powiedziała,że wszystko O.K. ale przecież to nieprawda.Ty ją tego nauczyłaś.Jak to mówisz: „Okłamałam ale przecież dla twojego dobra”.To wam przychodzi najłatwiej.
Moja sprawa nie odbyła się już dwukrotnie.teraz siedzę w celi i już nawet nie wiem kiedy kolejny termin.Nawet nie wiem na co czekam.Czasami wydaje mi się,że nigdy stąd nie wyjdę,ale to tylko czarne myśli.Może dostanę wyrok w zawieszeniu.Wtedy byłbym na wiosnę w domu.Może jeszcze tego roku!
Jak się dzisiaj okazało,wyjazd na Litwę był najlepszym co mogłem zrobić.Czuję się jakbym urodził się tam na nowo.Po prostu chce mi się normalnie żyć.Wiem,że to cię bardzo ucieszy.Napiszę ci więc co zamierzam robić po wyjściu stąd.Tak po krótce.W końcu znalazłem takie rzeczy którymi będę mógł się zajmować na codzień.Nie mogę się doczekać kiedy zacznę pracę i będę miał wolny czas,by zająć się muzyką.Chciałbym pomieszkać z Tobą ze dwa lata,aż zwrócę koszta sądowe i grzywne.Pewnie to tyle potrwa.Oni są bezlitośni.Myślę nawet o tym by zrobić tak samo jak ty.Matórę w szkole dla pracujących.Cztery lata miną nim zdążę się obejżeć.Chciałbym takrze ukończyć trzymiesięczny kurs języka włoskiego.Kosztuje to tylko 170 dolarów. Musiałbym pojechać do Włoch,ale na to przyjdzie pora.Wtedy mógłbym zdać państwowy egzamin i uczyć w szkole.Chyba nieźle to wygląda i naprawdę chcę tego.Zawsze bałem się,że skończę tak jak mój ojciec i wolałem już zginąć lub pujść do więzienia jako anarchista niż włuczyć się po polsce jako alkocholik.Teraz mam to wszystko za sobą,tylko powiem ci jeszcze,że nie chcę utrzymywać kontaktu z Ulką,ani też z wami jako rodziną.Okazaliście się do niczego.Dam sobie radę bez was.Nie pozwolę na to abyście traktowali mnie jak upośledzonego.Tak na dobrą sprawę to Ulka nie jest warta moich sznurowadeł,ale cóż,jej mąż jest bogaty.Więc macie dla mnie odpowiednie miejsce.Ale teraz dosyć już tego.Nie będę więcej udawał.Ciebie tylko proszę: uprzątnij,sprzedaj,wyrzóć te okropne meble z mojego pokoju. (przypis na marginesie: Kiedy to przedstawiłem Gośce na widzeniu skrzywiła się z niesmakiem.Wy naprawdę umiecie podtrzymać na duchu!) Regał i wersalkę.Nigdy cię o nic nie prosiłem.I jeśli zrozumiałaś cokolwiek z tego listu to postaraj się abym zastał swój pokój pusty.Na książki zrobię półki wzdłuż ścian.Zresztą,o to niech cie głowa nie boli.I jeszcze jedno: jeżeli ponownie pozrywałaś moje plakaty,to tak jakbyś wyrzóciła mnie z domu.Ostrzegałem cię! Kończę już.Poszukaj mi lepiej jakiejś dobrej pracy na początek i nie martw się.

Ps: Gdyby się tak złożyło,że przyjechałabyś odwiedzić mnie,to przyjdź sama,bez Gośki.Ale nie proszę cię tym samym być tu przyjeżdżała.To tylko tak na wszelki wypadek.Może wrócę do domu szybciej niż się spodzieważ,ale tym razem na dłużej niż li kiedykolwiek dotąd! Nie pisz mi tych głupot w liscie,że mnie kochasz,albo coś takiego.Już się nasłuchałem.Lepiej zrób raz jeden,tak jak należałoby,miast strzępić język.Rzygać mi się chce,kiedy o tym myślę!

*

Siostra nie odwiedziła mnie już od półtora miesiąca.Na ostatnim widzeniu dałem jej talon umożliwiający wysłanie paczki.Wzięła go skwapliwie.Od dawna prosiła o to.Kiedy nadeszła pierwsza sobota miesiąca -czas widzenia- nadeszła paczka.Potraktowała ją jako pretekst,by się nie trudzić.Odwiedziny to kłopot.Wizyta w sądzie,ranne wstawanie.Co zrobić z dzieciakami? Rozumiem to,a jednak jest mi przykro.Aż lękam się spotkania z nią.Chyba się nawet nie będę potrafił cieszyć.Miniony okres upłynął w cieniu smutku i niepowodzeń.

*

Jestem niczym żeglaż unurzany w bezmiarze oceanów,będący 24-ty rok w rejsie,który na widok Lądu przerażony krzyczy: Ziemia!

*

Wczoraj wieczorem,gdy myłem zęby przed snem Cygan rozgadał się o swoim życiu.Zaczął przestrzegać -mnie,Pietrka- przed piciem alkocholu i zgubnym wpływem kolegów.
„Jesli już wypijesz – idź prosto do domu.Nie słuchaj się nikogo.Unikniesz wielu kłopotów,kiedy zawsze będziesz wiedział co robisz.Popatrz choćby na mnie,gdyby nie wódka i nerwy nie byłoby mnie tutaj”.
Więc jednak,wbrew temu co twierdzi,zabił? Błyskawicznie zreflektował się i wykonał kilka manewrów by zatrzeć pierwsze wrażenie.Teraz wisi to między nami,na kształt kamiennej lawiny.Absolutnie nieobliczalnej.Czym by to było,gdybym na jego rozprawie zeznawał jako świadek oskarżenia? Zdradą czy społecznym obowiązkiem?

*

Piątek.Budzę się rano:”Ubieraj się,masz dzisiaj rozprawę!”

„Romek!

Sam już nie wiem co Ci napisać.Chyba tylko,po raz kolejny – dziękóję! Jestem bardzo rozczarowany odmowną decyzją sędziego.Z wolna dociera do mnie,że walka trwa.Tylko,że tym razem to nie ja walczę.Szczerze mówiąc zastanawiałem się co stałoby się ze mną gdyby sędzia uśmiechął się i powiedziałby: O.K.synku! Idź do domu i zaczynaj życie od nowa.Powodzenia!
Gdzież,rzec by można,ten zły aparat represji? Znaczyłoby,że mylimy się cholernie.Niestety,chyba jednak nie! Zrozumiałem,że chcą sie na mnie odegrać.A ja jestem absolutnie w ich mocy – z własnej woli!
Z wolna,dzień po dniu,wymiękam.Topię się jak kostka lodu.Już nie starcza mi sił.6 miesięcy to jednak bardzo wiele.Zaczynam bać się siebie.Jeśli wyrok nie zostanie zawieszony i odeślą mnie do więzienia karnego – to koniec.Nie zdzierżę!
Po raz pierwszy pragnę wrócić do domu i żyć życiem prywatnym.Chciałbym trochę pobyć synem swojej matki,aby wynagrodzić jej tą dotychczasową żałobę po mnie.A tu,nic z tego.
Kończę już,bo nie jestem w stanie napisać niczego nowego,a zaraz chyba się rozpłaczę.
Hai Hitler!

*

Siedzę na taborecie i popijam herbatę z cytryną.Cygan zagaduje:”Wiesz co,Pietrek.Powiem ci prawdę.Mam mendy.Jak skończysz,to odwróć się twarzą do lipa,a ja w tym czasie ogolę się.W tym kryminale można wszystko złapać.”
Wiem coś o tym.Dziś rano na podłodze schwytałem wyrośniętą pluskwę.Zrobiło się cieplej za oknem.Wszelki duch pana Boga chwali!

*

Jest już po apelu ale goła żarówka nad klapą wciąż się świeci.Siedzę odwrócony twarzą do ściany i udaję,że czytam książkę.Cygan goli łono.Sapie jak rozbudzony niedzwiedź i skrobie żyletką niczym deską po trawniku.To niewątpliwie jedna z najgłupszych sytuacji w jakich się znalazłem.Czuję niesmak i obrzydzenie.Zaczeło mi się wydawać,że swędzi mnie,powiedzmy tu i tam.Co mnie jeszcze czeka?!

*

Pol Pot!Jesteś kochany.
Twoje usta mają smak przekwitających malin i gorycz piołunu.

*

Od przyjaciela otrzymałem szklaną lufkę i pudełeczko z marihuaną.W nocy pozorując palenie papierosa spotkałem się ze znajomymi poznałem nowych,ciekawych ludzi.Stałem przed frontem domu koleżanki.Pojawiła się w towarzystwie kogoś o zakrytym obliczu.Pochyliłem się,łagodnie zsunąłem w tył czarny kaptur „Co to za milutki skrzat?” spytałem czarnowłosej dziewczyny.

*

Sobota.Odwiedziła mnie siostra.Poprosiłem ją,aby zapłaciła za mnie kaucję.Po raz pierwszy zakończyliśmy wizytę radośnie.Widać było,że zrobi wszystko co będzie można.Jestem spokojny.Poniedziałek będzie dniem sądnym.Jest wiosna.Dni są słoneczne.Doskonały czas powrotu do domu.

*

Cygan uspokoił się bardzo.Traktuje mnie inaczej,nie bluzga,nie ciska się po celi.No tak,niedługo przestanę być niewolnikiem.Ręce więziennej dintoiry,być może,niedługo nie sięgną mnie.Trzeba być ostrożnym! Obmyśliłem perfidną zemstę.
Gdy będę już wychodził zwierzę się wychowawcy z tego,że cygan ma,ni mniej ni więcej,wszy łonowe – mendy.
Nieźle go to upokorzy.Pielęgniarka zlustruje go z łonem gołym jak kolano.Zemsta zza grobu.A może nie?
Zostawię to tak jak jest? Szansa na zarażenie współwięźnie jest,choć niewielka.Przemyślę to.Jeszcze mam czas.Nienawidzę kryminalistów.Czemu ja nie zostałem policjantem?!

*

Środa.Cyganowi coś ukradziono.Szaleje po celi.Tłucze taboretem w klapę.W tej chwili zabrano go na rozmowę do wychowawcy.Jednak zaraz wróci.Straszliwie się boję.On jest nieobliczalny,a ja pomyślałem,że każdy dzień niesie nową zadymę.Co wydaży się jutro? Nowa wersja starego,czy tym razem coś naprawdę ekstra? Byle do zgaszenia świateł.Wtedy kładziemy się spać.

*

Nadal nie mam żadnych informacji w sprawie wyznaczenia kaucji za moją głowę.Miałem nadzieję,że w poniedziałek wyjdę na wolność.Za pięć godzin będzie już czwartek a nie mam nawet informacji czy sędzia zgodził się na kaucję.Każda następna godzina,od świtu do 16:00 może być moją godziną ostatnią w tej społecznej kloace.Każda może też przynieść hiobową nowinę:kaucji nie będzie!
Wczoraj w nocy miałem nieomal namacalną wizję drewnianego domu,blatu stołu ze starych,niemalowanych desek.Wiercącego w nosie kużu starej szopy z prześwitującymi przez szpary w stropie promieniami słońca.Potem była zielona,pachnąca łąka.I wszystko to,tak bolało.Poczułem się niczym ktoś,kto ocknął się na dnie głębokiej studni.Duszno i ciasno.Pod dwoma kocami jak w stalowym pancerzu.Było coś co o mały włos nie rozerwało mnie od środka na strzępy.

*

Odnaleziono skradziony przewód antenowy.Nic to jednak nie zmieniło.Teraz problemem stało się jak podłączyć telewizorek by działał jeszcze lepiej.”Telewizorek”.
Oddziałowy przyłapał Cygana gdy ten wyrażał się o nim z lekceważeniem.Strasznie się ubawiłem widokiem tego podlca.Spuścił wzrok.Poczół się zdemaskowany.Coś tam wylazło z pod jagnięciej skóry.Funkcjonariusz mówił:”Dobrze pan grasz,panie! Dobrze grasz!” Jak na ironię,o nim właśnie cygan ma jak najgorszą opinię – popierdolony gad.

*

Boję się wieczorów.To właśnie wieczoram roznosi Cygana energia.Potwornie bluźni.Jest to czymś czego istnienia nawet nie podejżewałem.Chyba już nigdy w życiu nie powiem niecenzuralnego słowa.Atmosfera staje się ciężka,naładowana agresją do granic wytrzymałości.Uciekam wtedy na kojo i przykrywam poduszką twarz aby zapanowac nad sobą.Boję się dać sprowokować temu zwierzęciu.Pomyślałem,czy naprawdę chcę mścić się nad tą ofiarą losu – bądź co bądź.Chyba jednak nie.
Gdy otrzymam wiadomość:Chłopie,do domu! będę jedynie szczęśliwy,myślami w swoim małym miasteczku,w domu i razem z matką.Gdy otworzę drzwi i rzucę „cześć!”,mama się lekko uśmiechnie i poczłapie do kuchni,by zrobić coś do jedzenia.Już to nieraz widziałem.Jej,tak zapragnąłem tej chwili…aż mnie lekko uniosła,niczym babie lato.Pierwszego dnia wybiorę się na długi spacer za miasto.Na pola.Wzdłóż torów kolejowych do Lublina.Kilkanaście kilometrów pól i łąk i lasów.Żadnych chat czy spacerowiczów,sarny,zające, słowem wszystko co przeżyło sezon polowań.

*

Jak się dowiadujemy przewód skradli więźniowie funkcyjni, tzw. „kalifaktorzy”-„kajfusy”.Akurat padło na nas,coż nie przypadkowo.Ja jestem jaki jestem,ten drugi to Cygan.Nam można zrobić wszystko.Nikt się za nami nie ujmie.Nikt z więźniów -dlaczego,to oczywiste- a administracja? Z lenistwa.Tu takrze niech nikt nie ma złudzeń.Po prostu z lenistwa.Być strażnikiem czy wychowawcą to dla nich zawód,jak każdy inny,ze wszystkim co za tym idzie,nie zaś posłannictwo.W więzieniu odbywa się karę pozbawienia wolności i nikt nie ma czasu na ekstrawaganckie eksperymenty.Nasza rola polega by siedzieć,ich by pilnować zatrzaśniętych drzwi.Każdy zna tu swoje miejsce.

*

Środa drógiego tygodnia gotowości wyjścia na wolność.Jeden z wychowawców dzwonił do sądu.Nikt nawet nie złożył propozycji wpłacenia kaucji.O mało nie zemdlałem.Nie wiem co o tym myśleć.To napewno z winy adwokata.Zwleka,załatwia. Sugeruje to kłopoty,trudności,a więc niebłache koszta.

*

Cygan bez reszty zdominował celę.Oddałem mu wszystkie pola.Pewne rzeczy robię na wyrost,by nie dać mu okazji do sztorcowania mnie.Przeprowadziłem akcję „dwa ciche dni”.Zupełnie go ignorowałem.Biegał w dole,klnąc,bluźniąc. Groteska sytuacji przestała go krępować.Ja czytam książkę,on zaś prowadzi ze sobą szaleńczy dialog.Spuścił trochę z tonu.Mówi łagodniej,bardziej z sensem,nie chce wszystkich wokół mordować ciosem kosy w mordę.
Wówczas nagradzam go kilkoma zdawkowymi słowy.Uradowany podchwytuje to,by znów zapędzić się w językowe chwasty. Odwracam się gwałtownie,zaciskam szczęki i wie już,że zrobił źle.Nieomal widzę łzy w jego oczach.Spuścił głowę.Trzyma papierosa w dłoni i mruczy nerwowo jak miś,któremu doskwiera uwięzły w łapie kolec niemożliwy do odnalezienia.Niby go nie ma – a jednak boli.

*

W minioną sobotę odwiedziła mnie jakaś dziennikarka. Młoda,miła,niegłupia.Była z wizytą na Wileńszczyźnie. Zaskoczyło ją,kiedy wypowiedziałem na głos to,co i ona stamtąd wywiozła.
wszyscy widzimy krępójącą różnicę pomiędzy Słowianami a Litwinami,choćby czystość,jednak każdemu z nas wydaje się,że przynikliwość nie jest cechą powszechną.Niech więc rasowy smutek zostanie naszą słodką tajemnicą…

*

Kolejna cela,to już jedenasta w ciągu 6 miesięcy.Moim współlokatorem jest 17-letni chłopiec aresztowany za włamania do sklepów.
Sam nie wiem jakich słów użyć do pisania tego co się działo przez ostatni tydzień w poprzedniej celi.Czy wystarczy napomknąć,że Cyganowi puściły wszelkie moralne hamulce,by ktoś zrozumiał? Przypomniał mi moje dzieciństwo.Kiedy cała rodzina leżała w łóżkach nie mogąc zmróżyć oka mimo późnej pory,bo pan i władca jeszcze nie wrócił.Pijany.I kroku po schodach trzypiętrowego bloku gdzie każdy udawał głuchego.Wszyscy byli wzywani po kolei.Na dywanik.I ja leżałem na górnym „koju” drżąc jak gałązka osiki.
Rano budziłem się pierwszy,napawać się iluzoryczną nieobecnością mego więziennego pogromcy.Rano bydle spało.Wylewał swe żale,leczył kompleksy,rekompensował własne nieudacznictwo.Jak to wyglądało,widziałem,jak się czuje człowiek sterroryzowany – czułem jeszcze wczoraj. Później,wiele lat potem,dziwiłem się mamie,że na pierwszy ryk tatusia wstawała z łóżka i z pochylonymi ramionami pokornie,stawiała się na wezwanie.Widziałem na jej twarzy,resztki wstydu przed dziećmi.Bardziej za to,że takiego im znalazła ojca,niźli z własnego powodu.Kiedyś i ona miała noc przełomu.Jeżeli ma się człowiek upokarzać i godzi się z tym,lepiej robić to bez każdorazowych rozterek.Od któregoś momentu,mówimy sobie: przestaję być człowiekiem,jestem już wyłącznie świnią.Wczoraj można było mnie urazić tonem rozmowy,dzisiaj bez obrzydzenia ścieram twój mocz z podłogi.

*

Sobota.Wczoraj odbył się pierwszy dzień rozprawy sądowej.Zeznawali oskarżeni.Była to czysta formalność.Tak naprawdę nikt o nic nie pytał.Sędzia odczytywał po kilkanaście stron z zeznań złożonych w śledztwie i pytał,czy potwierdzamy je,czy też nie? Byłem zaskoczony postawą współoskarżonych.Ci,po których spodziewałem się najgorszego osłaniali mnie,natomiast „Małpa” wysilił się na coś głupiego.Wygląda n to,że ma dobrego adwokata.W przeciwieństwie do innych walczy,zadaje pytania,prowokując odpowiedzi kożystne dla „Małpy”.Mój adwokat z urzędu po prostu opuścił salę podczas moich zeznań.Tego,nie obchodziło absolutnie nic.
Na ostatnim widzeniu była u mnie siostra z mamą.
Powiedziała „może i dla Ciebie wkrótce będzie wiosna”
Mamy dziś połowę marca.Wynajęła bardzo dobrego adwokata,który niejako prywatnie uzgodnił z sędzią,że być może zostanę zwolniony (przypis na marginesie: nie chciał się dowiedzieć ) z Planety Areszt Śledczy,niebawem gdy złożę zeznania.
Sędzia tłumaczył swą odmowę żekomą presją wywieraną na nim.Biedaczysko! Ciekawe któż to taki zmusza go by trzymał mnie na P.A.Ś. Presja społeczna – ani chybi!
Jeszcze jeden magik od społecznych oczekiwań.
Gdy zeznawałem wzruszenie odebrało mi głos.Nie było mi łatwo.Nie jestem zadowolony z treści,ani sposobu w jaki mówiłem na sali.W pewnym momencie oświadczyłem,że organizację wymyśliłem… sam. Powiedziałem tak i dostrzegłem,że wszystkim przyniosło to wyraźną ulgę. Jakgdyby odprężyli się.Jeden z sędziów odchylił się w tył na krześle.Oto bowiem otrzymał to na co czekał.Coś co jest ośmieszone nie może być groźne.Nic im z kolei nie zawadza,że jak na mit pokazaliśmy w W-wie i Grudziądzu ostre pazurki.Coż,dla nich główną przesłanką do orzeczenia niskiego wyroku jest wskazana pokora – choćby czysto formalna,umowna.A ja,przecież chce wrócić do domu.
Na zakończenie pwoiedziałem coś w rodzaju:”Jest jeszcze jedna ważna rzecz do dodania.Zdecydowałem się przyznać do postawionych mi zarzutów,w obliczu złożonych przez pozostałe osoby zeznań.Jako ostatni postanowiłem wziąść udział w wyścigu po najniższy wymiar kary.”
Ku mojemu zdziwieniu wyglądało na to,że mile połechtałem sędziego,choć niezupełnie o to mi chodziło.

„Piszę do Ciebie i to nawet nie ma znaczenia,że nigdy się o tym nie dowierz.Kiedy naprawdę jest coś do napisania nie lubię użyć tysiąca obojętnych słów,aby tylko broń Boże nie poruszyć sedna sprawy.Nawet nie zpowodu ryzyka obnażenia własnego dwuj-myślenia,czy też autocenzury (bo niby z jakiego to powodu,na miły Bóg?!) lecz z obawy przed kontrolą,jaka czycha na wszystko z czym mam styczność,gdy tylko wychodzę spod celi.Tak tu się mówi,spod celi.
Gdy tak mocno czegoś pragnę,gdy wiem o tym,gdy zdaję mi się,że wprost instynktownie odgaduję rzeczywistość jakgdyby z grugiego pokoju,oddzielony półmetrowym mórem,wtedy najśmielsze marzenia przybierają realne kształty.
Tak,i teraz,mogę ci powiedzieć,że gdy w końcu wyjdę stąd,to jedną z pierwszych rzeczy,które uczynie to poznam Cię,a ty się okażesz taką jaką sobie ZAPLANOWAŁEM. Tak zawsze było,ale dopiero tym razem zależy mi na powodzeniu,wprost niewyobrażalnie.Więc nie naraź mnie na rozczarowanie.Dosyć juz smutku i cierpień.To „może i dla ciebie nadejdzie wiosna” niechaj będzie prorocze.
Teraz,pod celą,mam tak,że nie znajduję bezpiecznego miejsca,gdzie mógłbym się podziać.To aż trudno wyrazić. słowami,takrze trochę z obawy,ale co tam! Przecież zupełnie nie chodzi o to,że się boję.Nie,nie o strach tu idzie.Czuję się sparaliżowany tym,iż w rezultacie bliższego poznania,a w więziennych warunkach jest to kwestią kilku dni,każdy okazuje się taki sam.Kiedy piszę „taki sam” to wyrażam swe myśli bardzo dokładnie.Brutalny,prymitywny.Wobec tego,kogo subiektywnie uzna za silniejszego.
Wobec tego skrzętnie kładzie uszy po sobie,bez najlżejszej zmarszczki na pysku.Lecz niech no tylko wyczuje jakąś słabość,czuły punkt…koniec.
Na poczatku każdej znajomości następuje wzajemne badanie.Zadaje się sztychy w różne,nieprzewidziane miejsca,jedynie w celu wybadania reakcji.Stosuje się gardy,nawet z pozoru wcale zbędne.To takrze jest celowe.Pokazać swój mocny punkt,to jakby uprzedzić cios przeciwnika.Tym razem zajęło to dwa tygodnie.Co za ból! Co za przejmujący ból,przed którym nie znajdę ucieczki. Dotkliwy przez swą absolutną zbędność.To przerażające jak liczne jest grono osób kierowanych emocjami miast rozumem. Być kimś takim (jak się staje,kimś takim?) To znaczy obawiać się własnych myśli.Małe sam na sam mogłoby wielu porazić niczym elektryczny prąd.
Może to stąd właśnie,tak wiele leje się alkocholu.Jak celebrowac uroczystość bez tej odrobiny oszołomki? Nie jest łatwo spojrzeć komuś w trzeźwe oczy i wspólnie wypracować radosny nastrój.Ciągle słyszę to samo: „kiedy wyjdę,kupię se pół litra,pójdę nad rzekę i gul,gul,gul”.Sama rzeka nie wystarczy.Brzegi muszą sie zakołysać.To byłoby przecież wysoce żenujące.Pujść nad rzekę jedynie w celu podziwiania jej piękna? Niczym egzaltowane dziecko?
Pragnąłbym zanurzyć się w tym liście bez reszty.Jakby wyrwać się stąd poprzez białą kartkę papieru,ale tak to nieznośnie niemożliwe.Ciężko jest podwójnie.Raz,to brak wolności.Te budynki,ciągły chałas i nawoływania przez otwarte okna.Smród sedesu w pomieszczeniu gdzie sporzywamy posiłki.Dwa,to coś o wiele okropniejszego.Udręka pod celą skąd w razie bójki nie można uciec.Brak pomocy ze strony policji.Obojętność,a nawet gorzej,ciche sprzyjanie ludziom pastwiącym się nad innymi.Czym ktoś jest gorszy,tym więcej mu wolno.Zupełnym wariatem,zwłaszcza mordercom wolno jest absolutnie wszystko.Nawet odwiedziny w sąsiednich celach. Dłuższe widzenia,normlanie traktowane jako przywilej,dla nich są przyznawane automatycznie.Wolna ręka.
Po co z nimi zadzierać?Skoro nie mają nic do stracenia? Jeśli ktoś chce być tutaj dobry.łagodny niechaj nie oczekuje znikąd wsparcia.Będzie sam.Aż do końca.
Piszę do Ciebie,powiedzmy…Elu,niech to będzie mój pierwszy w życiu list miłosny.Tak mi przykro,że brak w nim elementów słońca,smutno mi.Widzisz jaki on jest kostropaty,niezdarny.Pragnąłbym napisać jakies piękne zdanie,aby je odczytywać w chwili smutku.Napisać coś w rodzaju:marzę,aby pobyć z Tobą Wiosenny Kwiatuszku Pełni Księżyca.Posiedzieć razem przy kuchennym stole i długo bawić się przy śniadaniu.Jeszcze potarganymi we śnie włosami.Zaczynać w takim stylu jeden z wielu podobnych dni.Boże! a rzeczywistość jest taka inna.Najgorsza jest świadomość braku możliwości zmiany.Przynajmniej przez najbliższy tydzień.Potem,kto wie? Może naprawdę się zobaczymy? Narazie czekam jedynie na porę gaszenia świateł.Zanurkuję w nocnych marach.Przez te kilka godzin upływających do chwili zasnięcia będę czuł się bezpieczny,zwolniony od obowiązku reakcji na jakiekolwiek wydarzenia.Noc należy do śpiących.Niech żyje noc!
To nie mądre,ale znaleźliśmy dzisiaj zdjęcia z fotomodelką i wisi teraz, przyklejone do ściany przy pomocy pasty do zębów.
Wiesz,ona jest bardzo podobna do Ciebie.I to bynajmniej nie z twarzy.Jest odwrócona tyłem w półobrocie.Uśmiecha się,a ręce trzyma wsparte na biodrach.Chyba są tak samo piękne jak Twoje.Kiedyś to sprawdzę,powiem CI o tym!
Pośmiejemy się wspólnie.
U mnie w celi bez zmian.Sytuacja napięta.Z rodzaju tych,które wróżą wybóch.W każdej chwili.Raz jest gorzej,raz lepiej.Ogólnie – jest kiepsko.Nażekam.Jóż nawet nie potrafię skupić myśli na twojej osobie.Moim marzeniem jest pora gaszenia świateł.Jeszcze tylko półtorej godziny. Jeszcze tylko półtorej godziny i cztery dni.Jest niedziela,godzina 19:30. W piątek wszystko się rozstrzygnie.BYć może,w przyszłym tygodniu otrzymasz ode mnie telefon.Niewiesz jeszcze o tym,lecz proszę,błagam nazwij to jak tylko zechcesz – byle tylko… niechaj wszystko pójdzie po mojej myśli,również co do Ciebie.Kiedy tak uciekam,na swym koju z zeszytem na kolanach,od rzeczywistości,ach co to ja chciałem? To jest niczym narkotyk.Lepiej mi służy niźli czytanie książek,znam je,już zresztą wszystkie.W sumie najlepsze jest czytanie tego co przed chwilą napisałem.Bo tak po prawdzie potrzebóję jedynie tego co mi jest niezbęde,czego mi tutaj brak.Trudno nawet ocenić na ile tu chodzi o Ciebie,Ciebie personalnie.W sumie,to nawet nie jest istotne,nie sprawia różnicy.
Bo jeśli nawet nie – cóż z tego? Chodzi więc o to co uosabiasz.Więc,wszystko mi jedno.

*

Po raz drugi zkolei mam przemożna pewność,że to już ostateczny koniec.Wyczytuje to z twarzy mojej siostry.Jest jakby stężała,zacięta.Taką ją widziałem w sądzie. Powiedziała mi: „Jestem przerażona tym co tutaj usłyszałam”.Chyba nie zaczęłą żałować,że mi pomaga? Spytam ją.

*

Mama przekazała mi gorące pozdrowienia od Izy.Wyszła za mąrz.Zaprasza mnie do Siebie gorąco.Czy to ma coś znaczyć? Może to jakiś kod,u licha?!

*

Ziomek spod celi schował gdzieś żyletkę.Uprzedza wypadki,skubany! Teraz się znalazła,lecz kiedy mogłem jej potrzebować -jak uznał- nie było jej na swoim miejscu.

*

10-12 km torami w stronę Lublina znajduje się stare, opuszczone obejście gospodarskie.Ostatnie 200 m idzie się szczelnym tunelem z drzew.Korony ich zasklepiają się tuż nad głową.Pod nimi wiedzie piaszczysta droga.Pierwszy jest sad owocowy,potem stodoła,jakiś mórowany z cegieł i kamieni spichlerz,tu i ówdzie porośnięty mchem i trawą.Jest studnia,tak głęboka,że nie sposób dojżeć dna.Stoi komórka niewiadomego przeznaczenia.Brak tylko najmniejszego choćby śladu po budynku mieszkalnym.Brak tam ducha ostatnich mieszkańców.Stanowi to chyba,o jego dobrych stronach.Cała posesja,może nawet trudno mówić „opuszczona”,sprawia irracjonalne wrażenie.Było to,zdać się może,miejsce wszystkiego,poza banalnym spędzeniem życia,aż do jego kresu.

*

Ostatnie dni kwietnia.Przez kraty praży niemiłosiernie słońcem,przypominając,że oto wszystko budzi się i rozpoczyna.Kolejna rozprawa została przełożona na inny termin.Odwiedziła mnie siostra z mężem.Wszystko przestaje mieć znaczenie.Nic nie jest w stanie wzbudzić we mnie emocji.Myślami jestem w domu.We własnym pokoju.Przy nielicznych znajomych.

*

Wiersz przepisany od pewnego ziomka:

„Ene,due wiosło blat
gibie kumpel złodziej brat
Ene,due wita,styja
czas tu bardzo szybko mija,
Są nowiny,sa przypały i tak mija
miesiąc cały
Ene,due wiosło klapa
i za tobą już trzy lata!

( w gwarze więziennej wita to ręka a styja to członek – przyp.red.)

*

02.05.1993

Poważna zadyma z okazji święta pierwszego maja.W Gdańsku aresztowano 60-iu anarchistów.Anarchistyczna bojówka zaatakowała kordon policji, przybyłej chronić wiec przed skincheadami,aby nie dopuścić do tego co się stało w zeszłym roku.Nie przewidzieli jednak,że tym razem anarchiści będą już na tyle silni,by nie tylko ochrona z zewnątrz okazała się zbędna,ale że będą w stanie sprowokować walkę uliczną z każdym,kto tylko się poważy stanąć w poprzek ulicy.Akcja brutalna,bezmyślna i bezwzględnie potrzebna.

*

U mnie zmieniło się tak wiele,że opadają mi ręce na samą niezobowiązującą myśl opisania tego.Pracuję teraz jako kajfus.Jestem więźniem funkcyjnym – roznosze posiłki,sprzątam korytaże.Problemy ciagle te same.Zmieniają się jedynie twarze głównych bohaterów.Z wyjątkiem mojej własnie niestety!
Zacząłem szukać w myślach stosownego zakończenia tej pisaniny.Czegos zgrabnego,gładkiej płęty.
Ilekroć robi się gorąco dookoła mnie,czuję,że widziałem to już,jedynie w nieco innych okolicznościach.Działo się już,lecz w celi o innym numerze wymalowanym białą farbą na brązowych drzwiach.Jestem tym nieco zblazowany.choć groza upadnięcia na samo dno naszej wesołej społeczności wisi nademną niczym katowski topór.
Nie posiadam niczego czym mógłbym się skutecznie posłużyć w obronie.Niczego poza uczciwością,tzn.czymś co trudno tutaj nawet określić,bo jednak słowo uczciwość…no,w każdym bądź razie niezupełnie o to mi chodziło.
Niepostrzeżenie zrobiło się na kartce papieru miejsce na zdanie w rodzaju:
„Tuż przed obiadem otworzyły sie drzwi celi i pan wychowawca z uśmiechem dookoła głowy oznajmił:Prosze pakować mandżur! (tobołek z koca – przyp.red.) Wpłacono za pana kaucje! Do domu!”
Jezu Chryste!!!

KONIEC

Dyskusja