„Robić dobrze, nawet robiąc źle” – pamiętnik więzienny Piotra Ratyńskiego – cz. II

kraty

Jest godzina 21.Jestem dziś starszy o jeden dzień. Deszczowy,bez niczego nowego,bezpłodny,nostalgiczny dzień.Przez uczciwość kronikaża dodać muszę,że nie zdażyło się nic szczególnie przykrego.Może nawet nie zdażyło się wogóle nic przykrego.Chyba to było by bliższe prawdy.Nic,a nic.Teraz oto staję przed koniecznością zakrzątnięcia się wokół snu.Niedługo położę głowe pod poduszkę,zegnę kolana pod brodą i zastosuję którąś z metod.Ta najprostsza jest nie do przyjęcia.W nocnym świecie przybywają zewsząd tysiące myśli.Tych niedożecznych także.Jakgdyby widziały, że wtedy jestem wobec nich bezbronny.Nie zdołam przed żadną uciec.Zaraz za realnymi nadpływa obłuda.Bywam nieodpowiedzialny.Podejmuję je,by zaraz tego gożko żałować.Często wstyd mi za siebie.Znikąd pojawia się obraz z przed lat.Prubuję wszystko rozegrać ponownie,naprawić cokolwiek.Inaczej wchodzę do jakiegoś domu.Inaczej reaguję, tym razem w sposób przemyślany.Jest to skuteczne.W spontaniczną sytuację,gdy mój przeciwnik improwizuje wplatam drobiazgowo przemyślany spisek.W nocy,pośród dobiegających z za okna i z korytaży eh jest także sposobność by pogawędzić ze sobą.Mokra poduszka to owoc wielkiego wydażenia,świadek wspaniałej historii,której nikt inny z celi nie mógł spostrzec.Czegoś potęrznego po ból serca i palców zaciśniętych na prześcieradle.Niczym podróż palcem po wirującym globusie.Na świetlicy wzajemnie się rozszarpywano.Ktoś upadał,otrzymywał ciosy od wszystkich.To i ty po wyjściu – jezu,jak to źle gdy ktoś odmawia pomocy! W dodatku tak bezrozumnie.Jakie żądzą nim namiętności, jeżeli on jest taki? Może ci wszyscy od Gwiazdy sa podobni?
To skomplikowany człowiek.Sam ze sobą nie daje sobie rady, ale jakrze ciężko żyć koło niego.Tak mi smutno.

-Sąd Wojewódzki ma wiele pracy.Będzie pan oczekiwał na rozprawę jeszcze kilka miesięcy! Ma pan adwokata z urzędu? Proszę napisać do rodziny,niech mu zapłacą,a sprawa ruszy z miejsca.

Prosiłem go o tak niewiele.Koperty.Co za krętacz.O on tu w celi przemawia do mnie w imieniu społeczeństwa! Naprawiacz świata! Powiedział:”O cholera,długopis mi się wypisał…”.No tak,to teraz nawet tego nie będe miał.Wszystko się wali równocześnie,żeby chociaż obiad był smaczny…

Panie Andrzeju Gwiazda, czy zna pan swoich ludzi? Czy wszyscy wokół pana są do siebie podobni? Historia się z panem nie patyczkuje.Czyżby wylądował pan w rynsztoku? Wczoraj,już po zgaszeniu świateł udowodnił mi,że nie potrafię dyskutować. O.K.ale okazało się taksze,kto chciał to widział,że jego racje polityczne to rojenia,to klocki Lego,którymi pyrga wedle uznania.Niczym rozzłoszczony chłopiec.Na poczatku czuł się wobec mnie nie najlepiej.Ja, za rewolucję- on za alimenty.Teraz się z tego wyemancypował.Jestem podły skoro tak piszę.Aż mi się robi gorąco.Jakgdybym rzucał kamieniem w okno sąsiada.Może nawet wcale tak nie było? Było tak,było napewno! W każdym bądź razie ja bym się tak czuł na jego miejscu.

Jesteś chłopie bardzo podobny do mnie.Dlatego niewiele możesz ukryc przedemną.Kiedy ty kombinujesz,jak by tu postąpić,ja już wiem co za chwilę zrobisz.Mróżysz oczy kiedy do mnie mówisz.Nie chcesz abym ci penetrował mózg.Dla mnie jest to proste,funkcjonujesz na takiej zasadzie jak ja.Masz przykład: opowiadanie o żydzie wcielonym do bolszewickiego wojska.Kiedy go charakteryzowałeś w swoim, jak zwykle przydługim wstępie,zrobiłeś się czerwony na tważy,zimny pot wyskoczył ci na czole.I ja wiem pacziemu!
Bracie! Jestem do ciebie podobny.Bacznie spojżałeś na mnie czy,aby uszło to mojej uwadze.Niestety,nie wiem co spostrzegłeś.Nie różnię się zbytnio od ciebie,więc starałem się zwieść cię.Wyprowadzić w pole.Nie chcę powiedzieć,że brak ci sumienia.Kiedy cie tak obserwuję z górnego łużka, jak zgarbiony podrygujesz w stronę drzwi i spowrotem…coś się tam u ciebie chyba tli.
Rozdajesz śmiertelne ciosy,zdolne powalić byka.Zupełnie na oślep.Zupełnie nie potrzebnie.Czynisz mi głębokie rany,stajesz z palcem w ustach zaskoczony sobą i używasz pudru by zatamować krew.Potrzebujesz wiele litości.I znajdujesz ją u mnie za każdym razem.Bo ja nie mówię sobie:musisz być twardy! Brachu.Lecz posłuchaj,nie będę miał już dość siły,aby bronić cię na świetlicy,czy w łaźni.Zabrzmiało to bezwzględnie,ale zrozum jak wiele kosztuje mnie bycie sobą wobec tego świata wokół.Więc nie spadaj mi na kark,zwłaszcza jeśli sam nie chcesz mi pomóc.Mam dość roboty ze sobą.Odtąd-już,dla ciebie.
– nie ma pustki po tej stronie murów.
-tak,obawiałem się czegoś zupełnie innego.Od dziecka wiedziałem,że to jest dla mnie jedyne dostępne miejsce do odkrycia.Spodziewałem się wszechobecnej pustki,uczucia bezpowrotnego przemijania.Mile się jednak rozczarowałem. Życie tutaj,jakgdyby płynie w innym wymiarze toteż ziemskie sprawy mniej mnie tu dotyczą.Z innej perspektywy postrzegam to co zostawiłem za murami.Moja własna matka stała się kimś zupełnie innym.To co dotychczas było w niej zaledwie nieznaczną rekompensatą jej własnych wad,teraz wysówa się na pierwszy plan przyćmiewając swym blaskiem wszystko co jest,tak naprawdę nieistotne.
– po raz pierwszy dzisiaj poczułeś sie naprawdę źle.
-Tak,uświadomiłem sobie stosunek sędziów i prokuratorów do mnie.Przekornie zadałem sobie pytanie co ja bym z nimi zrobił,jak bym postępował,gdyby sytuacja nagle się odwróciła i oni zajeli by moje miejsce.Gdyby jednak jakimś zrządzeniem losu rewolucja zwyciężyła i mielibyśmy ich w garści.Zrozumiałem,że oni w porównaniu z nami są tylko drobnymi,nikczemnymi sadystami.
Zaczął padać deszcz za oknem.Zrobiło się chłodno,lecz mimo to przytulnie.W celi zapadł zmrok tak,że nawet trudno czytać książkę.Jeśli teraz tak jest tutaj,jak było by w górskiej chatce,przy rozbuchanym piecu.W ciepłym swetrze i z kubkiem gorącej cherbaty w ręku.
Wychowawca w Suwałkach rykną na mnie:”Co,boisz się grypsujących? Nie grypsujesz?! To grypsuj!” i wyrzucił mnie za drzwi jak psa.Przed przewiezieniem mnie do Gdańska był bardzo miły.Zagadywał,pocieszał,zażartował.Chciałem odpłacić mu pięknym za nadobne ale jak sprawić przykrość komuś kto się do nas uśmiecha??

Czasami trzeba odrzucać precz zbędne przedmioty.Jeśli tylko łatwiej jest maszerować…? Zmiana jawi się niczym czarowna obietnica.Nawet nie ma znaczenia czy „będzie lepiej lub gożej”.Paradoks,to rzecz nawet nie drugożędna.

Jak można być konserwatystą jeśli matka to zapracowana ofiara rzeczywistości,jedna siostra podła do szpiku kości,ktoś o kim mówi się: zły człowiek,drugiej brak minimum charakteru;a ojciec alkocholik ze wszystkim co za tym idzie? Nie można! Czy prubowałem tak,chyba nawet wielokrotnie.Nie tak dawno? Zupełnie nie dawno.W kościele Dominikanów w Wilnie.To olbrzymia pokusa.Jest to pociągające,niczym czyste,estetyczne wnętrze.Iluzja wewnętrznego spokoju.Ale zawsze pojawia się z nikąd,zakrada niczym złodziej ten ekstatyczny element irracjonalności. Zniewala,porywa nas bez reszty.Nie sposób mu się oprzeć.Apologetyka środków,metod.Rozkosz drogi do celu.Obawa przed ostatnim przystankiem gdzie może być lustrzana tafla niczym betonowa ściana.To jak miłość,ma sens tylko praktykowana.

Co teraz jest najważniejsze? Przestępcy (koledzy) krzyczą do siebie poprzez zakratowane lipa.Na korytażu spokój.Jest już ciemno na dworze.W celi (pokoju) gra głośnik radiowy.Z wolna mija dzień.Chciałbym użyć innych słów ale myśląc o tym trudno mi się zdobyć na bardziej odpowiednie sformuowanie.Mam potrzebę kluczenia gdy chodzi o to.Pokusa by w poprzednim zdaniu zapisać słowo „to” przez dużą literę.Po prostu dostałem.Ach,kiedy przyjdzie taka chwila gdy w podobnej sytuacji roześmieję się powiem:ktoś mnie pobił.
Opowiadał mi do drugiej w nocy o tym z kim to się nie witał.Tak,był okres gdy liczono go jako osobę nr.3.Po Lechu i Gwieździe.Pyta się mnie czy rozumiem go.Rozumiem doskonale lecz problem leży w tobie samym.Dostał szału.Był zachwycony sobą kiedy okazało się,że jestem zupełnie spokojny.W trakcie powiedziałem „wiesz,że nawet nie jestem zły na ciebie”.Coś definitywnie pękło we mnie.Jeszcze rok temu nie broniłbym się ( (być może) Naprawdę!) z tchużostwa.Teraz to było piękne.Aż do rana nie zmrużyłem oka.Czułem się jak święty.Miałem wrażenie wielkiej czystości.Z tętniącą w skroniach krwią,pod ciężkim,brudnym kocem byłem prawdziwie szczęśliwy.Ten biedny chłopak niczego nie rozumiał.Tak bardzo był opanowany przez swe kompleksy,że nie był już w stanie niczego zrozumieć.Pozory stały się rzeczywistością.Biegał po celi w stanie euforii.Być może zacznie kożystać z łaźni.Wszystko w nim krzyknęło STOP! Nawet ten bezczelny gnojek mnie rozszyfrował i prubuje mi to przekazać.Dosyć! Dosyć! Dosyć! Bił bardzo nieporadnie.Żadko mu się to w życiu zdarzało.Wyzwalał się z każdym udeżeniem-dzięki mnie.Nawet nie wiem jak o tym mówić,kiedy zdaży się coś wielkiego,coś na prawdę; gdy wydażenie swą nieodwołalnością dotarło do każdego zakątka świadomości,wtedy zalega bardzo,bardzo głęboko.Boję się,że mógłbym być niezrozumiałym.A każda forma przekazu niedoskonałą.Wkroczyłem w niezbadane przestrzenie samego siebie.Kontrola nad sobą sprawia mi przyjemność.Jest tak,jak gdybym był plastyczną masą we własnych rękach.Obserwuję stopniowe scalanie się świadomości,ciała i oczekiwań.Jestem swoim partnerem. Ekscytuje mnie podnoszenie poprzeczki.Wymagać coraz to więcej.Wieczorem,kiedyś,dawno temu-w domu.Mama spała snem sprawiedliwego w drugim pokoju.Przyszedł taki dzień,taka noc kiedy okazało się,że dobroć i miłość są wszechświatem. Niczego więcej,nikomu nie potrzeba.Wielka przestrzeń.Pełna ciepłego płomienia.Zeszła ze mnie cała marichuana.Żadnych odczuć ubocznych.Trzeźwy umysł.Byłem zdumiony.I tak to właśnie się stało.Jest trochę tak jakbym był niepodlewanym drzewem w nieużyźnianej od lat ziemi.Niszczycielskie wichury i mordercze susze.Przejazd tramwajem dokonuje spustoszeń porównywalnych z dziełem kataklizmu.Odwiedziny znajomych niepostrzeżenie stają się bezrozumną orgią wandali.Niesmak.Czym bardziej poznaję ludzi…Co trzeba uczynić aby zranili cię bliźni? Czy wszystkim jest naprawdę aż tak źle?! Aż dziw,że są tacy,którzy odchodzą śmiercią naturalną.Siedzę właśnie „na spakowanych żeczach”.Za chwilę przerzucą mnie na inną celę.Czuję nieznośny niepokuj.Jak zawsze w takich przypadkach.Uczucie jak przed lądowaniem w szczelnej klatce.O tym czy współmieszkańcem okaże się tygrys czy łagodna lama przekonam się dopiero po zatrzaśnięciu drzwi.Jeszcze nie tak dawno chciałem opisać jak okropnym było podsłuchiwanie dorosłego męszczyzny w czasie gdy oddawał mocz do blaszanego zbiornika trzydzieści centymetrów od mojej głowy.Potem pustka i niewygoda kolejnej celi.Krępujący sedes,bez żadnego parawanu.Głuche dudnienie moczu,smród i zażenowanie.Z perspektywy czasu wygląda to inaczej.Wygląda to coraz mniej.Traci na znaczeniu wobec kolejnych sytuacji w kolejnych celach.Perspektywa wyjścia na wolność staje się w miarę pobytu w areszcie najważniejsza.Kiedy coś buży spokój,więzienny porządek rzeczy,wzrasta irytacja od której trudno się uwolnić.Niedorzeczność otoczenia-uprzejmi klawisze,smaczne jedzenie i z drugiej strony niewiele wrażeń zewnętrznych-zaciera zdrowy rozsądek.Powoduje pragnienie zmiany,nawet za wysoką cenę.Może stąd tak wiele samookaleczeń? Te olbrzymie czerwone oczy oszalałego Bogdana…Wkładał więcej wysiłku w zaciskanie pięści niż w zadawanie ciosów.Stąd nie wychodzi się mądrzejszym. Pornograficzne zdjęcia na ścianach przypominają,ale raczej o rzeczywistości.Gdybym mógł pozrywałbym je co do jednego.Więc jestem w nowej celi.Jest tu bardzo ciemno.Jest mi bardzo źle.Aż nie mogę uwierzyć że tu jestem.Trudno mi skupić się na czytaniu.Jedno dobre słowo załatwiło by wszystko.Tu dopiero czas płynie wolno! Jestem rożalony,tak bardzo chciałbym,aby ktoś przyjazny był ze mną.Obiecuje to wspaniała noc.Czas w którym odpływa się tym dalej im mroczniejsza jest cela,a tutaj jest naprawdę nieprzytulnie.Chociaż…Na ścianach fotki nagich dziewczyn,niektóre subtelne.Nie są ordynarne.Rozmażyłem się.Ach,w tej celi będę podróżował! Głośnik niewyraźnie charczy coś o bezrobociu.Jezu! Zabierz mnie z tego świata.gdzieś bardzo daleko.Jest taka jedna DROGA.Ale aż strach myśleć.Śniło mi się błoto,to chyba nic dobrego.Mam potrzebę wykrzyczenia sędziemu: proszę zrezygnować z tępej represji wobec mnie!

Czytałem wywiad ze skinheadem.To nichiliści.Prawicowi.Oni są tym,czym my byliśmy kilka lat temu.Czy jest tabletka zmieniająca świat? Może to bomba atomowa? Przed moimi oczami zwisa z sufitu papierowy model szesnastowiecznego korablu.
Przekształcenie.Palce kurczowo wpite w drewnianą burtę.Wydęte żagle.Włosy rozwiane orzeźwiającą bryzą.Za nami stare,przed nami ekscytujący grozą nieznanego afrykański brzeg.A co! A co!!!

Czerwoni Khmerowie,Bakunin,wszyscy posiadamy tę samą kochankę.Przywiązanie do zabytków-warunkowe.Człowieka nie wolno zabijać.Z błachego powodu.Wolno natomiast decydować o jego życiu.Silny ma rację.Zmiany! Zmiany! To dłużej nie może trwać.To jest jak wyznanie.Nie,poprostu:NIE!!!
Jakikolwiek wpływ,choćby na samego siebie.Odkryłem przesłanie filmów „Mad Max”.Wojna światowa była jedyną szansą,była takrze mało realna.Chryste,czy ja na prawdę tak myślę? Czy chciałbym posiadać przycisk zagłady cywilizowanego świat? Chciałbym,nawet tylko dla swojego spokoju.Może coś się zmieni.To nie może trwać wiecznie.Czuję się jak dawniej.Mnustwo energii,ale punk is dead! Nic nie trwa bez końca.Można się tym takrze pocieszać.To ma dwa końce.Próbuję dojechać do końca.Kiedy to będzie? Poznam! Poznam napewno!

Z za choryzontu wstanie wielka,olśniewająca kula czerwonego słońca.Żar będzie niszczycielski lecz ja będę niczym lustro.Wzejdzie słońce i rozkwitną wszystkie kwiaty świata.Zapaliłbym trawy,dobrego grasu.Wszystko jest O.K. Łzy jak groch kapią mi na zeszyt.Wszystko było by O.K. Teraz będziemy pić czaj.Mam nadzieję,że za chwilę zacznie się dla mnie jutro.

Do redakcji „Głos Wybrzeża”

Piszę z celi Aresztu Śledczego w Gdańsku,jednak list ten nie ma żadnego konkretnego celu.Po prostu:jestem tu bardzo samotny.Pisząc „tutaj” mam na myśli Trójmiasto.Jedynie z wami łączy mnie w pewnym sensie jakiś stopień zażyłości.W 1990 r. współuczestniczyłem w podłożeniu niewielkiej bomby na piętrze waszej redakcji.Piszę,ponieważ mam taką potrzebę.Staram się widzieć was pod jak najlepszym kontem.Proszę,nie sądzcie,że to przejaw bezczelności.Może chcecie dowiedzieć się o tym wydarzeniu czegoś więcej,niż to co ustaliła policja? POwiedziałbym nawet,że czegoś nieskończenie ważniejszego,czegoś co w zasadzie niewiele obchodzi prostolinijnych stróżów prawa.W czasie tej akcji stałem na dole na czatach,jeśli wiecie co chcę przez to wyrazić.Nie mieliśmy zamiaru nikogo zranić.Naszym zamiarem było przeprowadzenie akcji w takim wymiarze w jakim ją zrealizowano.Silny strach,traciłem nerwy.Potem wybiegliśmy na zewnątrz klepiąc się po plecach.Żadko kiedy człowiek bywa tak szczęśliwy.Padał cudowny deszcz a nas przepełniało poczucie sukcesu.Nikt z nas nie miał ojca.Na domiar złego wszyscy żyliśmy w tym samym społeczeństwie więc łatwo zrozumieć,że tak prochowa bomba stała się dla nas namiastką ogniska rodzinnego.Dzisiaj jesteśmy dla siebie wrogami.UOP nie tylko wykrywa,ma za zadanie-niszczyć.Eksterminowano nas bez rozlewu krwi.Udowodniono po raz kolejny,że ideały to gówno,że przyjaźń ma li tylko koniunkturalne znaczenie.Czy wy w pewnym sensie poszkodowani,czujecie satysfakcję? Podobno nasza bomba kogoś poturbowała.Kiedy myślę o tym człowieku,robię to z sympatią,która jest proporcjonalna do skali obrażeń jakie odniósł.W sumie cieszę się,że nic mu się nie stało,choć z drugiej strony mógłbym zyskać przyjaciela aż po grób.To żart-oczywiście.Przepraszam.Może ktoś od was miałby ochotę,uznałby za wskazane napisać do mnie kilka słów.Niech to będzie przy okazji doskonałym pretekstem dla tego listu.Przeczytałem to co dotychczas napisałem i nie jestem z tego zadowolony.Wszystko brzmi sucho i opryskliwie.Zrozumcie,trudno jest pisac do nikogo.Może ktoś z was wyłowi z tekstu to o czym nie sposób napisac obcym wprost.Nie przekazuj tego listu drugiej osobie z ironicznym komentażem.Choćby dlatego,że ten list jest taki sam jak ja.Pomyślisz: tym gożej dla Ciebie!
Ta koperta z zawartością niech będzie strzałem w waszą stronę od którego jednak tym razem nikomu nie zadzwoni w uszach.Pocisk wymierzyłem dwadzieścia centymetrów niżej”.

***

Gdybym teraz napisał,że to wszystko jest literacką fikcją spisywaną na kuchennym stole w czasie długich,nudnych wieczorów-uwierzyłbyś? Oszalały rozwuj uczuć,które nigdy nie miały prologu? „Kochana mamo! Myślę,że dopiero tym razem powrócę do domu naprawdę.”
Za oknem straszliwe wrzaski.Atmosfera niczym na pijackiej melinie.Nie do zniesienia.Angażują mnie do przeżutów grypsów.Szczekają jak wściekłe psy.Z komina leci dym prosto do okna.Obudził mnie swąd palonej gumy.Pościel mam przysypaną czarnym proszkiem.Niech to wreszcie przestanie trwać! Dopuki jest mi tutaj źle,doputy ze mną wszystko jest w porządku.Drżę ze strachu przed kolejnym łomotem w ściany sufit lub podłogę.W każdej chwili mogą drzeć się jak opętani,chisterycznym głosem w sposób nie do zrozumienia.Panika z linką i grypsem w ręku.Co teraz czynić? Ciągnąć? Opuścić na dół czy przeżucić na celę obok? Ach, zamórowane okno!
I Ginta (żeńskie imie litewskie-przyp.red.). Wspaniałe doświadczenie.Na początku szaleństwo,czysta abstrakcja.Z obydwu stron nieuczciwość.Ona chciała wyjechać do Polski, ja zaś być z kimś w Wilnie.Potem było cudownie.Czasami… no ale ja ją rozumiem.
Z drugiej strony ona naprawdę jest w porządku.Mimo wszystko.Niewiem tylko czy zdaje sobie sprawę z tego jak wiele mi pomogła zrozumieć.

Nie zszedłem do łaźni.Wczoraj wieczorem rozmowa:”To skurwysyny!”.Ach co tu dużo mówić.Pękło coś we mnie.Powiedziałem:”Dosyć!”.Czemu muszę cierpieć od tej strony? Przecież jestem skazany tylko na pobyt w zamknięciu!

Za drzwiami głosy:”Czemu ten twój kumpel nie zchodzi?”

Głos „Dziadka”:”Aaa…wiesz,on jest chory”.

Nie tłumacz przyjacielu,wszyscy i tak wiedzą o co chodzi.Zażądam od wychowawcy zapewnienia minimum.W jaki sposób przekazać komuś jak to jest? Co się czuje.Nie myśl,że to paniczny strach,taki z tych śmierdzących. Zapewne (wielce prawdopodobne) wystarczyło by mocno nagiąć karku,przyoblec na twarz głupkowaty uśmiech,a obyłoby się bez rozwalonego nosa.Być może.Jej,jak się obawiam.Boję. No O.K.! Niczego ode mnie nie żądajcie!

„Jestem jaki jestem i już nie zmienię się!”Lekko mi z tym, że nie muszę niczego udawać.Jak to dobrze być słabym.To jest w najwyższym stopniu wyzwoleńcze,tylko inni muszą o tym się dowiedzieć.Ci którzy jeszcze nie wiedzą,a takrze ci którzy do tej pory zaledwie snuli podejżenia.O boże! Czyżby to więzienie miało takie oddziaływanie na człowieka? Więc to tutaj człowiek się poznaje.Wiem już jakim chciałbym być po wyjściu na wolność.Jest takie jedno,proste słowo:Dobrym. Wybronić się od jakiejkolwiek pozy.Interesujące kto pierwszy zaakceptuje mnie w nowej roli?

Było by dobrze gdyby te zapiski przeczytał mój sędzia.To się chyba nazywa:pragmatyczne podejście do rzeczywistości. Potrzeba mi drugiej osoby do zdjęcia ze mnie bezstronnej fotografii mojej postaci.Poproszę kogoś aby sfilmował mnie kamerą.Chcę się zobaczyć cudzymi oczyma.A co ja mam? Ciągle go słyszę.Mówi do siebie,powtaża po tysiąckroć.Zmusza mnie do odpowiedzi na retoryczne pytania.Prubuję oderwać się od tego.Przemierzam celę nerwowym krokiem.Chce mi się wyć z wściekłości.Brakuje mi powietrza.Zastępuje mi drogę! Nie ma od tego ucieczki.Wielkie,czerwone oczy,ślina na ustach i zarośnięta twarz pokryta zmarszczkami dziesięć centymetrów od mojej.Prawie dotykamy się nosami.Chwilami czuje się zupełnie rozregulowany od środka.On do mnie mówi a ja miotam się po celi jak opętany.Staram się skupić na tym co dobiega z głośnika „Roxi muzic”.Wyobrażam sobie,że zaczynam tańczyć.On mi zadaje pytania,wciąga do pustej rozmowy-ja tańczę na środku celi.Za dużo zbędnych słów.Szaleństwo.Coś się musi wydażyć.Niski,szczupły klawisz stał w progu i gromko zapytał:

„Dlaczego nie idziesz do łaźni?”

Ty bydlaku! Nie rozumiesz?! To typ „swojego klawisza”-chce mieć „w pożądku z grypsującymi…”
Czemu moim kosztem,na moich plecach-skurwielu!!!
Wszystko wyślizguje się z pod kontroli.Umyka z pola obserwacji.Nie jestem cząstką żadnego mechanizmu.Nie partycypuje w niczym.Dlaczego rewolucje są krwawe? Jeżeli prawdą jest,że każdy prawdziwy rewolucjonista musi przejść swą cierniową drogę to opór rządzących staje się błogosławieństwem.
Nie ma kontaktu z nikim.Brak kontaktu z kimkolwiek. Pomyśleć,że dobrowolnie zgłaszając się na policję byłem pełen dobrych chęci.Wydawało mi się,że mam olbrzymi zasób sił by zająć się swym prywatnym życiem.Sądziłem,że anarchizm można zawiesić na kołku niczym mokre spodnie! O.K.Narazie spadamy.Oznacza to nieuchronność wzlotu…w przyszłości.Sami sobie kopią grób,ach uspokoić się.Nie płakać! Albo może,właśnie że płakać! Beczeć bez końca.Przez cały czas trwania tego tutaj…Wypłakać wszystko.Sposób? Odwiedza cię matka.
Pytanie podstawowe:”Jak ci jest tutaj?”
Co możesz odpowiedzieć.Oczy robią się szkliste,pancerna dłoń dławi się za gardło.Wystękujesz:
„Dobrze mamusiu,wszystko jest w porządku.”
Potem już niczego nie musisz tłumaczyć.W każdym bądź razie nie jej.

„Do Sądu Woj. w Gdańsku”

01.IX.92 r. dobrowolnie zgłosiłem sie do polskiego konsulatu w Wilnie.Byłem poszukiwany listem gończym na terenie kraju więc poprosiłem o pomoc w powrocie do Polski,by wziąć udział w rozprawie sądowej.
Nie była to decyzja chwili.Podczas kilkumiesięcznego pobytu w Wilnie wiele sobie przemyślałem.Odkryłem żeczy o których do tej pory miałem jedynie mgliste wyobrażenie.Znalazł się ktoś,kto pokazał mi,że życie może być wspaniałe nawet w skali mikro,że nietrzeba sięgać wysoko by być szczęśliwym.Z dnia na dzień stawałem się innym,nowym człowiekiem.Zebrałem w sobie siły by przetrzymać bardzo wiele-spojżeć na siebie krytycznie.Zapragnąłem wrócić,aby zacząć budować sobie własne,prywatne życie.Czegoś,czego nigdy nie posiadałem.teraz,spędzam drugi miesiąc w A.Ś. wrzócony pomiędzy złodzieji i bandytów, mając do wyboru akceptować ich normy moralne lub próbować zachować resztki człowieczeństwa każdego dnia dokonując oczywistego wyboru.Jak dotychczas zostałem pobity,zostałem takrze zmuszony nie kożystać z łaźni i spaceru.Nawet we własnej celi nie mogę schować głowy pod koc.Nie chcę twierdzić,że jest to wina wychowawców,naczelnika czy młodocianych bandytów z sąsiednich cel.Powiem Wam tylko,że zabiliście mnie.Czy przez swą małoduszność czy też celowo.Ale jedno jest pewne.Nikomu nie pomagacie.Tworzycie sobie jedynie wrogów.Może tylko ja i moja matka będziemy mieli do was żal,ale wiedzcie,że postaram się przetrzymać wszystko,wbrew wam wszystkim.

Resocjalizowany-Ja

***

Kiedy mówi do mnie przysówa blisko tważ,a mówi ciągle. Uciekam na kojo-mówi z daleka.Dziś przechylił głowę na bok i nieoczekiwanie nasze czoła zetknęły się.Kiedy moje oczy ubiegają na bok,puka mnie palcami.Chwytam książkę i wsadzam w nią nos,skutkuje.Ciągle go słyszę.Nawet teraz.Zniknął mi z oczu,leży przede mną i mimo to wciąż go słyszę.Mówi o tym co będzie za chwilę robił,mówi to co robi i co zrobił.Mówi takrze o tym co myśli.Szkoda tylko,że nie myśli o tym co mówi.Jezu,ratunku!!
Obserwowałem go dzisiaj w czasie bajery z małolatami.To znakomity psycholog.Próbował mnie zastraszyć w bardzo subtelny sposób.Musze uwarzać!
Obiecuję sobie,że gdy tylko zaistnieje taka możliwość pojadę zrelaksować się do znajomych we Włoszech. Długa,spokojna podróż po dobre wibracje.Głęboki wdech tego co tutaj jeszcze nie istnieje.Wrócę uśmiechnięty i opalony, a takrze coś więcej.Nikt nie będzie potrafił tego określić lecz każdy będzie mi zazdrościł.Podświadomie wszyscy tego pragną.Niestety nie jest to jeszcze w modzie ale ja jestem jednym z tych,którzy to transformują.

Miłość-cierpienie.Rewolucja-Śmieszność.Dobroć-Słabość.
Naród=Kultura=Torzsamość=Kompleksy+Zobaczymy w najbliższej przyszłości.

Jestem Słowianinem,Polakiem.

Jestem:
1.Wrażliwy(słaby?)
2.Anarchista
3.Rewolucjonista
4.Polak
5.Więzień
6.Płci męskiej
7.Samotny

Pilnie poznam religię,ideę,bądź osobę,która mnie przygarnie.Punkt geograficzny nie gra roli.Dojazd we własnym zakresie.Straszna noc.Czułem,że za chwilę coś mnie rozsadzi od wewnątrz.Ciśnienie narastało z każdą minutą.Musiałem sobie pomóc sam.Leżałem jak sparaliżowany- w każdej chwili mój współlokator mógł podźwignąć się na łokciach i przemówić do mnie.Przed nim nie ma skutecznej ucieczki.Zawiązałem przegób lewej ręki paskiem.Żyletką przeciąłem swój lewy nadgarstek.Kiedy się ocknąłem stała nademną postać starszej kobiety ubranej w biel.Powiedziała do mnie:”Kiedy byłeś nieprzytomny synku,ja otworzyłam twoje serce,więc teraz wiem wszystko”.Z kącików oczu popłynęły mi strumienie łez.
Ranek.Dziadek śpi.Nieoczekiwanie zrobiło się ciepło.Do pokoju wpada silny promień słońca.Z początku na szafce i kaloryferze tworzy owalną plamę wielkości miski.Niezmiennie przesówa się po ścianie w kierunku zamkniętych wrót. Schroniłem się przed nim pod piętrowe kojo.Niepotrzebnie uzmysławia,że istnieje świat zewnętrzny,że można się zanurzyć w spokojnej toni lasu.Można by!
Zacząłem ignorować bezustanne gadanie „Dziadka”. „Dziadek”przestaje do mnie mówić dopiero gdy pojawiają mi się łzy w oczach.Wtedy widzę zakłopotanie na jego twarzy.
Wczoraj na obiad podano bardzo smaczną zupę grochową.Była gorąca.Wszedł do celi fryzjer.Patologiczna tważ? Nie,nic podobnego! Jego głos.On nie mówi-warczy.Rozkłada zawsze akcent na pierwszą literę wyrazu (sic!) Mocny człowiek! Po pewnym czasie uspokoił się.Złagodniał.
Spokój,chwilowe bezpieczeństwo.Cisza na oddziale.Kołysze nas leniwy,sobotni poranek.Wszystkie dzwięki,jakby rozciągają się w czasie.Nie ma ich wiele.Są nierególarne.Fryzjer skończył strzyc „dziadka”,ten rzócił się na niego.Zasypuje go kakofonią dzwięków.Odreagowuje się za nasze ciche dni.Nieoczekiwanie mówi coś mądrego.Zaskakujący dysonans.Zmiata swoje starcze włosy z podłogi i plecie.
W nocy słychać było chrobot zjeżdżających rurami szczurów.Któryś z nich szczęknął klapą sedesu.Wystraszył mnie.Poderwałem się z łużka i spłoszyłem go.Śpię na górnym koju…
Kiedy się uodparniam na dziadkową paplaninę,puszczam ją mimo uszu,dziadek przechodzi z pytań retorycznych i nieoczekiwanie stawia sensowną kwestię.To skutkuje,wybija mnie z rytmu.Zgwałcony na odpowiedź,chłonę przez jakiś czas to co on mówi.Przyszedł ze spaceru i okazało się,że perfidnie mnie oszukał.Dla drobiazgu,żeczy praktycznie bez znaczenia.Wygląda na to,że zrobił to raczej,aby nie wyjść z wprawy niż z jakiejkolwiek innej przyczyny.

Do wychowawcy oddz. IV i naczelnika A.Ś.

Wbrew pozorom dni w zamkniętej celi nie są dniami straconymi.Każdy dzień niesie ze sobą ogrom wydażeń z których te najważniejsze rozgrywają się na zupełnie innej płaszczyźnie niż czynności związane z higieną,snem czy spożywaniem posiłków.
Jeśli chodzi o mnie nie potrafię przeżywać pobytu w Zak.Karnym jako wielkiej przygody.Piszę ten list bezpośrednio po kolejnej utarczce ze współwięźniem,w czasie niekończącego się stresu.Jestem tu szczelnie owinięty agresywnym wrzaskiem osadzonych przestępców.Ich ciągłym nawoływaniem się tymi: Kazikami,Rzemykami,Fazimi.
Czuję,że już dłużej tego nie zniosę.Zrezygnowałem ze spaceru i łaźni,ażeby chociaż w ten sposób uwolnić się od ciśnienia otoczenia.Zdecydowanie obstawałbym przy twierdzeniu,że nie jest to strach irracjonalny.Jeśli jako antidotum ktoś chciałby mi doradzić ugięcie się pod presją współwięźniów to odpowiem,że na moim miejscu miałby do wyboru dwie możliwości: stać się takim jak oni – choćby tylko pozornie (a coż to by znaczyło?!) albo znaleźć się w moim położeniu.Po prostu,nie mogę już ścierpieć tego permanentnego jazgotu przez który nie słyszę własnych myśli.To o co chcę poprosić,to nie będzie żadna ulga czy też udogodnienie.Wprost przeciwnie! Sprowadza się to do prośby o szczelne zamknięcie drzwi mojej celi.Pragnąbym przebywać w celi sam,aby znaleźć w końcu trochę czasu na zajęcie się sobą.Nie bardzo wiem w jakiej formie wyrazić moją gorącą prośbę,aby zabrzmiała przekonująco i wystarczająco zdecydowanie lecz proszę mi wierzyć,że przemyślałem ją dobrze i nosiłem się z nią od dawna.Teraz jednakże czuję,że przyszła na nią odpowiednia chwila i najwyższy czas.Chciałbym już odpocząć,poczytać trochę bez ciągłego nawoływania się,stukania w ściany,angażowania mnie w to całe bagno.Zapewniam,że w pojedynkę nie zdołam przekazać współwięźniom żadnych pozytywnych uczuć,a z drugiej strony nie pokusze się do zaakceptowania ich norm moralnych.

***

Z korytaża dobiega piskliwy głos:”Coś masz zajechać dla Zdzicha!”.
W więzieniu niczego się nie podaje,nie wysyła.Tutaj się zajeżdża.Podaje się przesyłkę lub gryps współwięźniowi, który ją następnie przeżuca do innego okna,aby podano ją roznoszącym posiłki.Może ona być spuszczana kilka pięter niżej,wciągana.Odrzucana na boki przy użyciu obciążonej linki.Zajechać to coś o wiele bardziej skomplikowanego niż zwykłe:podać.To skomplikowana operacja.
W celi panuje absolutne milczenie,jesteśmy obrażeni na siebie.Dla mnie to wygodny pretekst.”Dziadek” robił przeżuty przez lipka.Zsunął się z koja jak długa,zasuszona glizda i odwrócony do mnie plecami grzebał w swojej szafce.Klaśnięcie mojego kapcia o posadzkę potraktował jako zachętę do rozmowy.Podskoczył do mnie.W wyciągnietej ręce miał paczkę „Mocnych”.

„Takie się jara,kolego!”

Myślę:Jaki ja teraz jestem? Po pobycie na Wilenszczyźnie.Po trzech miesiącach aresztu.Po jednym dowodzie na to,że świat jeszcze istnieje-lisćie od matki.Blada cera,długie czarne włosy.Tważ okolona zarostem.Na diabła czy anioła?
Odchodzę od przylepionego żółtym serem do ściany pękniętego lusterka bo zaczynam widzieć to co chcę zobaczyć.Gorączkuję się.Cóż stoi na przeszkodzie żeczywistym zmianom? Boże, niech tylko to wszystko nie pujdzie na marne.
Czytam książkę K.VONNEGUTA „rzeźnia numer pięć”.W pierwszym porywie chciałem skomentować to,że ktoś powyrywał w niej kartki.A przeciez to mało istotne.Wystarczy chwilę pomyśleć.Refleksja druga:w amerykańskim wojsku walczyli ludzie.Polscy żołnierze to wyłącznie patriocie lub bojaźliwi egoiści.Żadnych innych namiętności.Polak,ginąc mógł czuć wyłącznie strach lub miłość do ojczyzny.Kampanię wrześniową przegrały niedoskonałe maszyny.Nota bene,gorsze ustąpiły lepszym.Poszedłem w Zagrzebiu do austriackiego konsulatu-nie przepuścili mnie przez granicę.Jakaś kobieta przeprosiła mnie.Powiedziała,że nic nie mogą zrobić.Spytała czym mam pieniądze? Nie? Wiesz,ja studiowałam slawistykę, mam wielu przyjaciół Polaków.Weź te trzydzieści dolarów! Kiedy to piszę,stojącemu tuż obok „Dziadkowi” upada z cichym brzękiem żyletka.Chwilę stoi.Daje mi czas bym ją podniósł.Jeszcze gdy się schylał patrzył na mnie nieco zdumiony.
Subiektywizm jest niczym innym jak obiektywnym alibii. Wschodnia szabla dodaje odwagi,nie wymaga precyzji.Rany są powieszchowne.Wystarczy silnie się zamachnąć.Zachodni rapier to broń precyzyjna.Wymaga perfekcji.Cios musi być precyzyjny ale za to wystarczy jeden.Rana jest głęboka i łatwo się zasklepia.
Kto w końcu napisze prawdę o „Wrześniu”? Przypominam sobie scenę z filmu gdzie kilku Polaków siedzących za suto zastawionym stołem licytuje się kto zwykł grubiej smarować masłem kanapki.
Straszna jest świadomość tego,że list do domu idzie półtora miesiąca.Odbiera to jakikolwiek sens pisaniu do matki.Sprawy,emocje jakimi się kierujesz zasiadając nad czystą kartką – po półtora miesięcznej zwłoce! Przecież większość nie będzie aktualna.Czy mogę poskarżyć się komuś wiedząc,że przeczyta on o mojej nostalgii po sześciu tygodniach zaś odpowiedź przyjdzie po trzech miesiącach.Napisałem do domu.Już dosyć dawno.Teraz mogę tylko cierpliwie czekać.Gdy w końcu nadejdzie list od mamy nawiązujący do treści mojego pisma upłynie sporo czasu.Tylko chodzi mi o to,że ja już teraz zapomniałem co w nim było.Już nie pamiętam co wtedy czułem.
Są takie chwile w których czuję się bardzo słaby.Bezsilny niczym dziecko.”Dziadek”stał nademną.Pił ze słoika herbatę.Siedziałem na taborecie pochylony nad książką. Zacząłem się go bać.Nie podnosiłem głowy.Myślałem:”Jeśli by mnie teraz uderzył-nie oddam! Nie zdobędę się na to!”.Straszliwe a zarazem cudowne chwile.Gdyby tak jeszcze był przy mnie ktoś kto by to pochwalił,było by łatwiej. Jakiś ksiądz? Zakonnik?
Z jednej strony gimnastykuję się,a z drugiej siła,sprawność fizyczna odstrasza mnie.Może tak na prawdę chciałbym mieć ten rodzaj argumentów w rezerwie? Znaczyło by to,że jestem obłudny.Chyba tak jest w żeczywistości.Ale to nic.Dobrze,iż to tutaj padło,że zdobyłem się na to.Co jest sensem życia człowieka? Każdy go musi wybrać samodzielnie.Ja,dla wygody nas wszystkich proponowałbym kontemplację piękna.Niech to będzie złożone w taki sposób:”człowiek-praktykiem dobra”.Znaczy święty Franek.Chyba tak! Wiec dla czego od razu nie w ten sposób.Obyło by się bez tej całej drogi,cierniowej.Brzmi to kusząco,ale…było by to ostateczne,odarte ze wszystkich,tak niekiedy powabnych złudzeń.Postaw sobie pytanie:dla czegóż by nie zostać dobrym człowiekiem? Nie ma sensu kluczyć,uciekać od tego.
Miast ratować się kaskadą słów,postawiłbyś żeczy,tak jak się w istocie mają.Dobrze.Po prostu odpowiadam! Dobrze! Dużo myślałem nad tym.Prubowałem zrozumieć.Jest to przecież przyczyna-podstawa.Z niej wynika reszta.Jest tak (chyba sam jeszcze nie jestem pewien czy to prawda) dlatego,że jako dziecko,jako młody chłopak zbyt często byłem pod wozem.I być może do tego sie to sprowadza.Frustracja? Czemu nie.Ja miałbym być od tego wolny? Dla czego właśnie ja?
Ta wersja jest bardzo prosta,zbyt łatwo po nią sięgnąć.Może to nie jest do końca tak.Pocieszam się.Nie,ja znowu mydlę oczy.Ach ta zasłona dymna.W porządku! Frustracja. Zgoda! Niech będzie.I właśnie o tyle jestem lepszy od reszty.

Ależ ja marudzę! Niczym zakochana pensjonarka.W sumie,nie brzmi to pięknie ale pocóż miałbym to zmieniać.Po cóż, wiedziałbym lecz na co? Nie mam najmniejszego pojęcia.Może po prostu taki jestem.O tak.To by sporo wyjaśniało.Taki jestem – i już.Nie ma nad czym deliberować.
Trudno powiedzieć,że niczego nie można zmieniać. Przeciwnie.To przecież wyłącznie ja odpowiadam za dzisiejszego siebie.Przekształcić można wszystko ale tylko siebie człowiek ma bezustannie pod ręką.Jej,czy ja mogę się kiedyś uwolnic od siebie.Determinuję wszystko za co się biorę.
Wiszę nad sobą niczym ciemna chmura.Dla mnie przejść samego siebie znaczyłoby zapomnieć o sobie ma krutką chwilę i niepostrzeżenie,niejako z zaskoczenia zrobić coś w czym będzie mnie jak najmniej.Chciałbym posiadać gruby pancerz. Odporny absolutnie na wszystko.Zwłaszcza na ludzi.Na ludzi specjalnie.Zaczynam zdawać sobie sprawę,że to co tutaj piszę to są dla mnie żeczy tabu.Bez marihuany nikomu nie byłbym w stanie przekazać tego.Pisać jest łatwiej.Czy gdy ukończe i przeczytam wszystko od samego początku – poznam siebie dokładniej? To zależy tylko od tego,jak bardzo teraz będę się starał.Bywa,że czuję,że mógłbym się cieszyć z drobiazgów,że były by one w stanie zaspokoić mnie.Życie rodzinne.Dom w górach.Pies.Dzieci.Bywa jednakrze,że wyłania się coś na kształt potwornej,przemożnej potęgi.Podszept,że ukojenie drzemie wyłącznie na końcu drogi.Trudnej,lecz możliwej do przebycia.Wielu to uczyniło.Wtedy drobiazgi jawią mi się we właściwej skali.Pozostają drobiazgami.

*

Zrobiłem sobie kilka dni przerwy.Absolutnie od wszystkiego.Od myślenia takrze.Dni które wypełniał program TV i muzyka-dyskotekowa.Bałem się spotkać ze sobą ponownie. Nieprzyjemna była myśl,że mogę nie mieć sobie nic do powiedzenia.Nie chciałbym się na czymś takim złapać.Jestem w nowej celi.Jest mi tutaj znacznie lepiej.Może nawet:zupełnie dobrze.Jakby w nagrodę za to co uczyniłem.A więc,popłaca? A,jak to było? Decyzja zapadła w nocy.Nieodwołalna.Taka po której przychodzi olbrzymia ulga.Przestałem troskać się.Znikło pytanie „co czynić”? Postanowiłem:wstanę rano,wypiję mocną kawę,rozruszam się ćwiczeniami i przyłożę mu.Zerwałem się rano.Jak zwykle.Na apel,stałem na środku pokoju.Wypiłem niezwykle mocną kawę.Otworzyłem szeroko okno.Powietrze w celi wymieniło się z tym mroźnym,orzeźwiającym na zewnątrz.Zaczekać do śniadania.Byłoby to kożystne. Zaatakowac tuż przed otwarciem drzwi.Było by to bezpieczniejsze.Zacząłem nerwowo spacerować po celi.Włożyłem czarne sztruksy i buty.Byłem gotowy.Czułem,że jeśli nie zrobię tego w tej minucie to nie ma najmniejszego powodu,abym zrobił to za minut pietnaście.Co więcej,później będzie trudniej,z każdą minutą!
Żenia przeczówał najgorsze.Nie spał już.Leżał czujnie na plecach z głową przykrytą prześcieradłem.Zbliżyłem się do jego twarzy – wyglądał trochę niczym biała mumia – aby dokładnie zlokalizować położenie jego nosa,czoła,policzków. Udeżę deseczką od taboreta.Mała ale ciężka.Walnę go w nos.Poprzez prześcieradło.To powinno go zneutralizować. Ciekaw byłem czerwieni krwi.Spodziewałem się ją ujżeć na bieli prześcieradła.Żeńka zaplótł ręce na piersiach. Wyraźnie odróżniałem łokieć,nadgarstki i lewe ramie. Taboret.Doskonała myśl.Zrobię to taboretem.Byłem jednak coraz mniej pewny siebie.Zaczynałem wątpić czy wogóle zrobię to.Jak mi przyjdzie z nim żyć po wczorajszej nocy? Do wychowawcy? O nie.Muszę to załatwić sam.Żenia był zdenerwowany nie mniej ode mnie.Wzdychał.Jakby chciał w ten sposób powiedzieć:jakie to życie ciężkie! Jak ciężko jest NAM żyć. BUża wisiała w powietrzu.Zacząłem się nad nim litować – tego jeszcze brakowało! Gdyby mnie zagadnął – nie powiem.Brak mi głosu.Nie wydobędę nic z mego ściśniętego gardła.

Znowu zawiodłem.Jezu! Nie mogę.Nic z tego.Nie potrafię.Upokorzenie,wstyd.Ach gdyby ktoś jeszcze o tym wiedział.Może to by mnie zmobilizowało.A tak? Już teraz nie jestem pewien ale jak to mogło odbyć się inaczej? Włożyłem okulary do zlewu.Podniosłem taboret,zrobiłem zamach do tyłu i uderzyłem go w ramię.Chyba mocno.Ma rozwaloną rękę.Nosi opatrunek.Wtedy jednak wyglądało to inaczej.Taboret odskoczył jak od gumowej piłki.Był przerażony.Widział moje wachanie.Pomyślałem:a jednak wszystko obracasz wniwecz! Dalej będziesz taki sam,śmieszny!!! Gnojek,który podskakując i tupiąc zagłusza swoje aberracje.Wykożystał to.Jej! Po co ja tyle sie w tym babrze.Nie miałem sumienia zaprawić go ponownie.Zwyciężyłem.Ach! Jak ciężko o tym myśleć.Dobrze,starczy.Nie potrzeba rozdrapywać.Dla mnie zwyciężyłem.Jeżeli dla Ciebie również, to chodź.W przeciwnym wypadku nawet nic nie mów.Już nie chcę słuchać.Tak to było.Dokładnie tak.Myślałem,że będzie to zakręt o 90 stopni,wypadek drogowy.Okazało się to jedynie ostrym zakrętem.Niebezpiecznym wirażem.Nie rozumiesz?

Od kiedy otrzymuję słodycze i cukier,od kiedy mogę oglądać TV zamknięcie przestało mi doskwierać.Jeżeli tam nic na mnie nie czeka to okazuje się,że tutaj jest całkiem znośnie.Stanąć na peronie dworca PKP w zimną i wietrzną noc z cieżką torbą na ramieniu,z biletem do miejscowości w której wszyscy będą mocno zdziwieni moim przyjazdem, koszmar.Tyle drogi – i po nic! Więc pobyt tutaj niesie ze sobą pozytywy? Albo nie,bez znaku zapytania.Ja wiem to ponad wszelką wątpliwość.Wolność to niebezpieczeństwo.Tutaj można się wyłączyć ze wszystkiego,nikt nie umrze z głodu.Za bramą stanę przy krawężniku,a ludzie będą mnie otaczali ze wszystkich stron.Każdy w szalonym pędzie.Nawet ten,kto będzie stał w miejscu,nie czyni tego tak po prostu.On czeka.Niecierpliwi się przed spotkaniem lub odpręża po właśnie co odbytym.Niemożliwym będzie stanąć twarzą w twarz z kimś kto z opuszczonymi ramionami,ze wzrokiem wpatrzonym w czubki swoich butów zastanawia się czy udać się do matki,odwiedzić kogoś (niebardzo wiadomo kogo) czy pojechać np. no… do Kurdystanu,Peru,a może tutaj by tak coś zorganizować…? Ostatecznie,jestem winny coś temu krajowi.Tutaj się urodziłem i wychowałem.Wszystko co mam i to kim jestem zawdzięczam mojej ojczyźnie.Polsce.Najpierw trzeba zapłacić za mleko.Wobec tego – płaćmy za mleko! Tak jak nam tylko sił starcza.

Odłożyłem notatnik na wiele dni.Bałem się ryzykować.Boję się nadal, więc nic już nie będzie wyglądało tak jak poprzednio.Powściągliwość.
Otrzymałem od siostry podręcznik do języka włoskiego.Uczę się pilnie.Aż sam się sobie dziwię.Żecz dziwna: właśnie teraz jakgdyby nie było innych sposobności.Teraz,czy to właśnie jest ów palec boży? Więzienny pleban rozdał mnustwo różnorodnych plakatów.Pozdejmujcie te nagie kobiety ze ścian! Do naszej celi trafił śliczny plakat na kredowym papierze: Górskie zbocze porośnięte lasem.Ze skał tryska niewielki wodospad.Woda jest kryształowo czysta.Biały napis głosi:

„Szczęście jest w tysiącu drobiazgów
tworzących mozaikę
życia codziennego”

Na odwrocie zaś:

„Sufi Bayarid opowiada o sobie samym:
Za młodu byłem rewolucjonistą i moja modlitwa wyglądała tak:
„Panie,daj mi siły,żeby zmienić świat”.
W miarę jak stawałem się dorosły i uświadomiłem sobie,
że minęło mi pół życia,a nie zdołałem zmienić ani jednego człowieka,
zmieniłem moją modlitwę i zacząłem mówić:
„Panie,udziel mi łaski,by przemienić tych,którzy się ze mną kontaktują.Choćby tylko moją rodzinę i moich przyjaciół.Tym się zadowolę”.
Teraz kiedy jestem stary i moje dni są policzone,zacząłem rozumieć,
jaki byłem głupi i moja jedyna modlitwa jest taka:
„Panie,udziel mi łaski bym sam się zmienił”.

To wszystko brzmi jak żart.Ktoś sformułował za mnie to czego ja nie potrafiłem wyrazić.Stało się to jakby kolejnym szczeblem windującym mnie w górę.Po tym plakacie jestem o krok wyżej.Chciałbym mieć odwagę przeczytać ten wiersz w sądzie.Zapewne nie zdobędę się na to.Wysoki sąd nie jest przecież skłonny do żartów.Ani do zrozumienia.Czy widzisz chłopca zakochanego w wiejskiej nauczycielce jak pochylony,szeptem zwierza się czarnemu knurowi?

Dyskusja