Zygmunt Bauman: Niechybnie czeka nas rewolucja, choć nie wiadomo, kiedy ona nastąpi

Brak alternatywy dla kapitalizmu spowodował napięcia społeczne porównywalne do tych z początku XIX wieku. Czeka nas rewolucja – mówi socjolog i filozof prof. Zygmunt Bauman w rozmowie z Marcinem Mindykowskim


Złośliwi mówią, że po XX-wiecznych bolesnych doświadczeniach komunizmu i zwycięstwie kapitalizmu postępowi socjaliści stwierdzili: „Skoro my nie możemy mieć racji, to nikt nie może jej mieć”. I wymyślili postmodernizm czy – jak Pan woli – ponowoczesność, w której wszystko jest względne i nie ma prawdy absolutnej…

Mam wrażenie, że dzisiejsze stadium cywilizacji – które nazywam płynnie nowoczesnym – charakteryzuje się nie tyle uczeniem się, ile ciągłym zapominaniem. Z łatwością odrzucamy i ignorujemy sprawy, którymi zajmowaliśmy się dosłownie przed chwilą. Nie rozwiązujemy problemów do końca, bo się nimi szybko nudzimy. Zawieszamy je więc w próżni. Wyciągamy pochopne wnioski i podejmujemy ulotne decyzje. Tyle że te decyzje nieustannie powracają, żeby dręczyć ludzi, którzy je podejmowali.

Jak to się ma do zwycięstwa kapitalizmu nad socjalizmem w XX wieku?
W tym czasie świat faktycznie był podzielony na dwie części, za którymi stały dwie skłócone ze sobą filozofie życia i dwie koncepcje przyszłości. Ten podział dobiegł końca, kiedy zawalił się mur berliński. Moim zdaniem zbyt pochopnie uznano to jednak za klęskę jednej z tych form. To była raczej klęska pewnego sposobu bycia nowoczesnej cywilizacji. Po stronie pokonanych znalazły się więc właściwie obie strony – zawalił się nie tylko komunizm, ale też sposób na życie wypracowany przez kapitalistyczną stronę tego podziału.

Jak to?
Nieodzownym warunkiem funkcjonowania kapitalizmu było istnienie alternatywy w postaci socjalizmu. To on niejako bronił kapitalizm przed skutkami jego własnej nieopatrznej i krótkowzrocznej działalności. Ta alternatywa „dyszała” kapitalizmowi w kark i cały czas napominała, że są granice, za które nie można się posunąć. Bo za nimi grozi przewrót, rewolucja, gwałtowny konflikt. Obie strony cały czas się więc sobie przypatrywały, przyglądały. Istnienie socjalizmu przykracało swawolę kapitalizmu – i odwrotnie.

Co się stało, kiedy zabrakło tej równowagi?
Nastąpiło odurzenie zwycięstwem, oszołomienie chwilą. Mam tu na myśli choćby Fukuyamę, który ogłosił koniec historii, mówiąc, że właściwie nic się już nie zmieni, że będziemy mieć tylko więcej wariantów tego, co już przeżyliśmy. To było przedwczesne.

Dlaczego?
Bardzo szybko okazało się, że sprawy nie są tak proste. Po pierwsze, tę wielką szansę triumfu kapitalistycznego sposobu życia zmarnował George Bush. Skompromitował on zachodnią demokrację, udając się pod jej sztandarami na podbój Iraku i Afganistanu. Po drugie, zabrakło czegoś, co pełniłoby taką rolę, jaką kiedyś odgrywały na przykład prognozy Marksa o postępującej pauperyzacji proletariatu. Dlaczego one się nie spełniły? Bo funkcjonowały jako samounicestwiająca się przepowiednia. Marks pokazywał pewną wizję i ostrzegał, że jeśli czegoś z tym nie zrobimy, dojdzie do rozłamu, rewolucji. Ale z chwilą, kiedy ogłoszono śmierć drugiej alternatywy, kapitalizm został spuszczony ze smyczy – uzyskał niesamowitą pewność siebie i przestał zważać na konsekwencje swojego funkcjonowania. W efekcie gwałtownie zwiększyła się skala nierówności międzyludzkiej, co jest niepokojące.

Wierzy Pan, że równość między ludźmi jest możliwa?
Zgoda, nierówność prawdopodobnie będzie towarzyszyła nam do końca świata. Wierzę jednak, że skalę tej nierówności – odległość między tymi, którym się powiodło, a tymi, którzy ponieśli porażkę – można ograniczać. Potrzebny byłby jednak samoograniczający się kapitalizm, a nadzieja na niego prysła. Tuż po upadku muru berlińskiego jeden procent najbogatszych Amerykanów dysponował ośmioma procentami bogactwa ogólnoamerykańskiego. Po 20 latach ta sama grupa ma we władaniu już 24 procent tego majątku – czyli ta liczba się potroiła. To pokazuje ten rozziew. Dziś mamy do czynienia z sytuacją, w której pięć procent najbogatszych Amerykanów posiada dokładnie tyle samo bogactwa, ile 80 procent ludzi na dole.

Czym to grozi?
Te groźne statystyki przypominają początek XIX wieku. Konflikty są zadziwiająco podobne i równie ostre, ale pole gry jest już zupełnie inne. Przede wszystkim żyjemy dziś w czasach, które nie sprzyjają konsolidowaniu się upośledzonych, słabych. W XIX wieku istniały wielkie fabryki, które stwarzały terytorialną przestrzeń, żeby łączyć się w grupy. Łatwo było dojść do porozumienia na zasadzie: „Moje cierpienie jest podobne do twojego i wynika z tych samych źródeł – zewrzyjmy więc szeregi i trzymajmy się razem”. Dziś, w naszym „rozproszkowanym”, zindywidualizowanym społeczeństwie i przy stopniowym rozkładzie wielkiego przemysłu, jest trudniej. Nie ma więc co liczyć, że powtórzy się reakcja z XIX wieku: wybuch ruchu robotniczego, masowe powstawanie związków zawodowych i partii itd. W miarę dojrzewania te napięcia będą jednak wymuszały przenegocjowanie obecnego stanu rzeczy. Myślę, że nie utrzyma się on długo i prawdopodobnie sam podetnie gałąź, na której siedzi.

Widzi Pan dziś ruchy socjalistyczne, które próbowałyby wyartykułować te nastroje?
Ja ciągle pojmuję socjalizm jako pewien horyzont, do którego ludzie dążą, jako taki kieszonkowy miernik, który się wyciąga, żeby sprawdzić, czy kierunek jest poprawny. I na tym polegała jego wielka, twórcza siła. Trudno wyobrazić sobie dzisiejszą cywilizację bez wkładu wniesionego właśnie przez utopię socjalistyczną, która do znudzenia przypominała, że istnieje coś takiego jak sprawiedliwość społeczna czy równość praw ludzkich. Czyli rzeczy, o jakich łatwo zapomnieć w zgiełku codziennej rynkowej konkurencji, w której liczą się tylko najbliższe zamiary i najbliższa meta, a nikt nie myśli o konsekwencjach społecznych. W tym rozumieniu nie widzę dziś ruchów socjalistycznych.

Co je hamuje?
Dzisiejsze partie socjaldemokratyczne przyjęły nawet nie tyle program, ile strategię pt. „To, co ty potrafisz, ja potrafię jeszcze lepiej”. Lewica ślepo podąża więc za faktami i polami dyskusji, które tworzy prawica, bo chce udowodnić, że potrafi to samo, tyle że szybciej, sprawniej i taniej. W Polsce i w innych krajach centralnej i wschodniej Europy sytuacja jest o tyle gorsza, że lewica musi się wyspowiadać i rozgrzeszyć za czasy tyranii komunistycznej. W związku z tym jeszcze bardziej stara się, żeby przyjęto ją na salony.

Kryzys ekonomiczny też odebrał Pan jako zachwianie balansu między alternatywnymi wobec siebie wizjami kapitalizmu i socjalizmu?
W tej sprawie powołuję się raczej na Różę Luksemburg, która, mimo oczywistych zastrzeżeń, była niesłychanie wnikliwym analitykiem. I ukuła tezę, że kapitalizm może się odtwarzać i reprodukować tylko kosztem niekapitalistycznych układów. Przewidywała więc koniec kapitalizmu w momencie, kiedy cały zapas, czyli wszystkie ziemie dziewicze – niewyzyskane i niewydrenowane przez kapitalistyczny sposób reprodukcji – się wyczerpie. To była koncepcja słuszna, ale ograniczająca się do początku XX stulecia – czasów kolonializmu i imperializmu, kiedy to ziemie dziewicze oznaczały podbój nowych terytoriów.

Jak należałoby ją dziś zmodyfikować, żeby nadal była aktualna?
Otóż ziemie dziewicze dalej istnieją i – co więcej – są nieustannie wytwarzane przez kapitalizm. W pierwszej chwili są niesłychanie żyzne – jak to każda ziemia dziewicza, która nie była wcześniej kultywowana. Potem zaczyna jednak funkcjonować prawo malejącej wydajności gleby: każda następna inwestycja przynosi coraz mniej zysku i trzeba szukać nowej ziemi dziewiczej. Przed kryzysem rolę ziem dziewiczych odgrywały kredyty zaciągane przez ludzi na zaspokajanie własnych zachcianek. A potem także przez tych, którzy wcześniej się nie zadłużali i nie mieli skłonności do wydawania niezarobionych pieniędzy, ale nachalną perswazją ich do tego przekonano. Wreszcie, nawet przez ubogich – tych, którzy tak naprawdę nigdy nie spełniali warunków zaciągnięcia kredytu. I balon pękł.

Jak ocenia Pan reakcję na kryzys i próby poradzenia sobie z nim?
Problem w tym, że ten kryzys był globalny, a wszelkie próby reagowania na niego były lokalne. Kiedy zaczął się kryzys, każde państwo wróciło na swój teren i starało się ratować przed powodzią. A każda wzniesiona tama nie kończyła jej, tylko odwracała powódź do sąsiadów. Okazuje się, że nie istnieje żadna społeczność globalna, żaden globalny system. Ponad poziomem względnie uporządkowanego państwa narodowego mamy Dziki Zachód, na którym dalej rządzi prawo pięści – kto silniejszy i lepiej zmobilizowany, ten korzysta.

Nawołuje Pan do szukania globalnych rozwiązań? Przecież ponowoczesność powstała właśnie na znak protestu przeciwko wielkim narracjom, planom generalnym…
Jakaś ogólna mapa świata jest jednak niestety niezbędna. Dziś jesteśmy włączeni w ogólnoświatowy mechanizm bardziej niż kiedykolwiek. Stąd moja obsesyjna idea: na globalne problemy są tylko globalne rozwiązania. Możemy lokalnie próbować budować sobie mur ochronny i przez jakiś czas odgradzać się od świata, tak jak robi to Kuba czy Korea Północna, ale to nie jest recepta. Nasze problemy i wyzwania są globalne, więc potrzebujemy jakiejś wizji całości świata.

Dziś jej nie mamy?
Problem w tym, że do tej pory nasze wizje i poglądy na problemy społeczne zamykały się w obrębie pojedynczych państw – społeczeństwo było tożsame z państwem. To problem i lewicy, i prawicy, bo zarówno koncepcję państwa socjalnego, jak i liberalnego chciano realizować w ramach silnego, terytorialnego państwa, które posiadało realną władzę. Dziś ta władza – nawet najpotężniejszych, najbardziej uzbrojonych państw – kruszeje. Moc czynienia rzeczy wyparowała w przestrzeń globalną. Potrzebujemy więc dziś nowych pojęć i nowych narzędzi, bo stare przestały działać. Z suwerennego państwa terytorialnego trzeba przeskoczyć na poziom planety.

Wierzy Pan, że lewica podejmie to wyzwanie?
Wyśmiewano się z Marksa, bo pisał, że proletariat nie ma ojczyzny: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Faktycznie, było to przedwczesne, ale kiedy Marks i Engels formułowali te postulaty, pojęcie globalizacji jeszcze nie istniało, prawda? Na pewno potrzebujemy dziś ruchu wykraczającego poza granice lokalności, ignorującego granice terytorialne i o globalnych środkach działania.

Jakiś przykład tego, na czym polega ta zmiana charakteru naszych dzisiejszych problemów?
W klasycznym kapitalizmie robotnicy Forda musieli być mu posłuszni, bo ich życie i utrzymanie było od niego zależne. Ale z drugiej strony Ford też musiał się pilnować, dlatego że jego bogactwo zależało od robotników. Nie mógł spakować laptopa i komórki i wyjechać do Bangladeszu, żeby tam otworzyć inną fabrykę. Obie strony – właściciele i ich najemnicy – były więc od siebie nawzajem równie zależne i wiedziały, że będą współzależeć od siebie też za 10 czy 30 lat. Tak powstawała presja do ułożenia stosunków pomiędzy nimi. Komuniści się na to wściekali, tłumacząc, że kiedy przekupuje się robotników, powstaje burżuazja robotnicza i można zapomnieć o rewolucji. A w rzeczywistości to była próba znalezienia takiego sposobu współżycia, który ani jednej, ani drugiej strony nie będzie doprowadzał do ekstremów. Dziś ta sytuacja się zmieniła, bo jedna strona wypowiedziała tę niepisaną umowę o wzajemnej zależności.

To znaczy?
Dziś kapitał może się łatwo wynieść – jeśli robotnicy będą zadzierali nosa, można wyjechać i otworzyć fabrykę gdzie indziej. A jeżeli rząd postawi się hardo – zacznie hamować przepływ kapitału i np. wprowadzać ochronę praw robotników, łatwo wynieść się do kraju, w którym rządy są o wiele bardziej gościnne, a mniej hardy i niestawiający się lud godzi się pracować za ułamek tych pieniędzy. W tej chwili istnieje więc na świecie podział na – jak to nazywam – elastycznych i przygwożdżonych.

Jak ich zdefiniować?
Na szczycie globalnej hierarchii są ludzie, którzy z racji swoich zasobów mogą się swobodnie przemieszczać, mogą zrywać kontrakty – co ważne: jednostronnie. A z drugiej strony są ludzie, którzy jeśli spróbują podążyć śladem kapitału, zostaną zatrzymani na najbliższej granicy i odstawieni do domu. Szanse są więc nierówne. Ci przygwożdżeni są przewidywalni, bo wiadomo, na ile mogą sobie pozwolić. W związku z tym można się z nimi nie liczyć. Natomiast ci elastyczni są stałym źródłem niepewności u drugiej strony, bo mogą zrobić wszystko.

To wszystko, o czym Pan mówi, sprawia, że żyjemy w – jak Pan twierdzi – erze mesjańskiej, tuż przed rewolucją i redefiniowaniem pojęć?

Tak, żyjemy w mesjańskim nastroju, ale nie miało jeszcze miejsca wydarzenie mesjańskie, na które ciągle oczekujemy. Skąd ono przyjdzie, Bóg raczy wiedzieć. Nie umiem przewidywać przyszłości. Mam 85 lat, przeżyłem kilka bardzo głębokich, zasadniczych przewrotów na świecie i każdy z nich przychodził niezapowiedziany.

Rozmawiał Marcin Mindykowski

________________________________________________________________________________________________________

Zygmunt Bauman – światowej sławy socjolog, filozof i eseista, jeden z najważniejszych teoretyków postmodernizmu. Ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie następnie był wykładowcą. Zwolniony po marcu 1968 roku, opuścił Polskę. Pracował na uniwersytetach w Tel Awiwie i Hajfie, a od 1971 roku w Leeds, gdzie do momentu przejścia na emeryturę w 1990 roku kierował Katedrą Socjologii. Jest autorem wielu książek na temat współczesnego świata i człowieka. Wielokrotnie był nagradzany prestiżowymi nagrodami. W połowie listopada wziął udział w gdańskim Areopagu, a 19 listopada, w dniu 85. urodzin, został odznaczony złotym medalem Gloria Artis.

Źródło: dziennikbaltycki.pl

http://www.dziennikbaltycki.pl/rejsy/343789,zygmunt-bauman-niechybnie-czeka-nas-rewolucja-choc-nie,id,t.html?cookie=1#material_4

Dyskusja