Bommie Baumann – „Jak to się wszystko zaczęło” (Rozdział I)

9654495ROZDZIAŁ PIERWSZY: JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO

Przed Opozycją Pozaparlamentarną (A.P.O. – Ausserparlamentarische Opposition, radykalny ruch studencki w Niemczech późnych lat 60.) i w ogóle pojawieniem się czegoś w tym stylu, byłem wzorcowo normalną osobą, całkowicie przystosowanym uczniem. Przed tym wszystkim byłem po prostu chłopakiem ze szkoły.

Przybyliśmy z Niemiec Wschodnich kiedy miałem 12 lat, a tu w Zachodnich musiałem powtarzać rok w szkole ze względu na przeprowadzki. Potem poszedłem w praktyczną działkę – tak właśnie, zrobiłem gimnazjum do 8 – ej klasy, odszedłem i podjąłem się praktyk jako robotnik budowlany. Potem rzuciłem praktyki, wykonywałem wszystkie rodzaje gównianej pracy aż do około `65, kiedy to moja historia przestała być tak konformistyczna. Właściwie to dla mnie wszystko zaczęło się z muzyką rockową i długimi włosami. Byli Beatlesi, Stonesi, Byrds i tak dalej. Także Them. Nie słuchałem tylko rocka, ale też bluesa, Johnny`ego Lee Hookera i tego typu gości.

W tym czasie w Berlinie było tylko kilka miejsc, gdzie można spędzać wolny czas: tzw. hipisowskie stawy jak Gammlertreffen, Gedächtniskirche (Kościół Pamięci), Dicke Wirtin, Seeschlösschen czy Top Ten. Zwykłe miejsca jak Big Apple (Wielkie Jabłko) czy Eden nie były miejscami dla nas. W `65 odbywały się tam tańce młodzieżowe z uczennicami w białych podkolanówkach.

W tym miejscu zaczyna się moja historia. Tak długo jak pozostajesz dostosowany, nie wpadasz w szaleństwo. Jednocześnie odczuwasz instynktowną reakcję przeciw stresowi, przeciw presji na podporządkowanie. Od kiedy jesteś w systemie, idziesz w to automatycznie, ponieważ nie wiesz ani nie widzisz nic innego, nie masz też żadnych alternatyw. Tak naprawdę nie wiesz co mógłbyś zrobić inaczej.

W moim przypadku, na początku w Berlinie, to było tak: jeśli masz długie włosy, pewne rzeczy nagle zaczynają cię dotykać tak jak Czarnych. Kapujesz? Wyrzucali nas z knajp, przeklinali i ganiali – mogłeś liczyć tylko na ciągłe kłopoty. Byłeś zwalniany lub nie dostawałeś w ogóle pracy. Albo dostawałeś te odrażające, bardzo nisko płatne. Do tego ciągłe kłopoty z nieznajomymi spotkanymi na ulicy. Ale ja byłem całkowicie normalną osobą. Ze mną było tak: nagle widzisz związek między samym sobą a muzyką bluesową i problemami, które ona porusza, takimi jak sytuacja Czarnych. I nagle Ty też jesteś Czarnym, czy Żydem, czy trędowatym. W każdym razie jesteś na pozycji wyrzutka.

Dla mnie było to jasne od samego początku: lubiłem długie włosy – z długimi włosami rozwijasz inną relację z samym sobą, to jak nowa tożsamość. Przynajmniej u mnie tak było. Rozwijasz ten zdrowy narcyzm, który jest ci po prostu potrzebny by przetrwać. Po wstępnym zamieszaniu, stajesz się bardziej świadomy i zaczynasz lubić siebie.

Kiedy mieszkaliśmy w Berlinie, dorastałem na jednym z tych gównianych przedmieść dla klasy robotniczej. Tu było się naprawdę odizolowanym i brakowało ludzi z którymi można by spędzić trochę wolnego czasu. To było prawdziwym osiągnięciem jeśli udawało ci się przetrwać taki stan rzeczy. Zawsze miałeś problemy, nawet z innymi młodymi ludźmi. Konformiści zerwali z tobą kontakt, oczywiście – oni nie chcieli być wrzuceni do tego samego worka, co ty, albo mieli problemy w domu – wiesz jak to jest. Więc zaczynasz utrzymywać kontakt z kilkoma ludźmi takimi jak ty, odrzuconymi, czy jak tam chcesz ich nazywać. Inaczej zaczynasz postrzegać samego siebie.

Nigdy wcześniej nie spojrzałem na książki, bo żadna mnie nie zaciekawiła, co najwyżej Karl May czy Jerry Cotton, tego rodzaju westernowe gówno. Potem zacząłem czytać Allena Ginserga, Jacka Kerouacka, Sartre`a, Jacka Londona też – ludzi, którzy przechodzili przez podobne rzeczy. Te wpływy były istotne w okresie gdy zaczynaliśmy wyrywać się z domu.

Pierwszego dnia praktyk, w drodze na budowę, uderzyła mnie taka myśl: zamierzasz robić w tym przez 50 lat, nie ma od tego ucieczki. Przeszył mnie strach. Zacząłem szukać dróg wyjścia z tej sytuacji.

Byłem outsiderem nawet w Berlinie Wschodnim, bo nie uczestniczyłem w Pionierach (odpowiednik skautów i harcerzy). W domu otaczały mnie kobiety, zdawałem sobie sprawę, żeby zawsze pozostawać wiernym samemu sobie, przeciw dominującej presji. Więc „wycofanie się” (drop out) przyszło mi łatwo, poszedłem za tym – pierwszy raz nie byłem osamotnionym buntownikiem, znalazłem w tym pewien filozoficzny azymut filozoficzny, jeśli wiesz co mam na myśli.

Wiele ze swych akcji możesz wytłumaczyć i zanalizować dopiero wtedy, gdy się wydarzą. Rozpoznajesz swoje wcześniejszy intuicyjne rebelie jako całkowicie odpowiednie, właściwe zachowanie w obliczu burżuazyjnej ciemnoty.

Ruch zaczyna się w Europie w `64 i `65, powiększa się, sięga po więcej, po raz pierwszy zostaje rozpoznany jako zjawisko i zauważony przez media. W tych latach wśród „powojennego pokolenia” następuje rzeczywisty przełom. Przedtem, były to odosobnione grupy osób. Potem przybrało to szerszy zasięg, tutaj w Niemczech. Już wcześniej istniały postacie takie jak Pedro czy Boras – wiecie, archetypy czy dziadkowie Ruchu, wywodzący się z bohemy, żyjący na ulicy. Z racji naszego wieku jesteśmy drugą falą. Może nasza polityczna świadomość była nieco mniejsza, ale dla tych, którzy się przyłączali było to przede wszystkim nowe, i po raz pierwszy przyciągało wielu ludzi. Całe to zjawisko, wraz z muzyką, ubraniami, włosami – cała ta powierzchowność – stworzone dla szerszego grona – wreszcie udało się dzięki temu przezwyciężyć naszą wcześniejszą izolację.

Przedtem ruch składał się niemal wyłącznie z bohemy. W `65 po raz pierwszy uczestniczyli w tym zwykli ludzie. Bohema, pseudo – artyści – to zawsze była sprawa elitarna. Tak właśnie, czuli się lepsi od każdego, po prostu obrażając burżuazję. Oczywiście , mieli swoje obskurne symbole i rytuały, jak wojskowe kurtki typu parka z politycznymi hasłami (np. antynuklearna kampania „Ban the Bomb”) czy naszywkami grup rockowych, rysunkami smutnych ludzi i tym podobnymi rzeczami. To wtedy organizowano Marsze Wielkanocne – pierwsze demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie.

Powoli łapałem kontakt ze sceną polityczną, był to stopniowy proces. Wygląda to tak, że ciągle rodzi się w tobie bunt ze względu na twój stosunek do burżuazyjnego świata. Później robi się to bardziej polityczne, tak jak było z tabloidami Axela Springera w rodzaju „Bild”– oni zawsze nas nienawidzili. Nikt nie mógł znieść tej świni Springera, ponieważ był on największym podżegaczem* (*-Axel Springer to największy w Niemczech wydawca gazet i magazynów oraz konsekwentny zwolennik chrześcijańskich demokratów. Jego wydawnictwa, zwłaszcza Bild-Zeitung prowadziły nieprzerwaną kampanię przeciwko Nowej Lewicy i kontrkulturze.). Jak po tym koncercie Rolling Stones w Waldbuehne, kiedy wszystko zostało zniszczone (koncert zakończył się po 25 minutach, gdy przerodził się w masowe zamieszki). Tam się to zaczęło. Polityczne treści nadeszły wraz z tą konfrontacją i demonstracjami antywojennymi.

W tym czasie ciągle mieszkałem w domu rodzinnym. Inni również. Więc nasz dzień wyglądał mniej więcej jak każdego robotnika. Wstajesz rano, wszyscy wstają, każdy idzie do pracy, ojciec, matka. Pędzisz na autobus. Oczywiście rano jestem kompletnie rozbity. Siadam w autobusie. Najczęściej bez śniadania, bez pieniędzy na papierosy, choć każdy wokół pali. To wkurza.

Miasto zawsze mi przeszkadzało, bo dorastałem na wsi – sterty fabryk powodują u mnie ból dupy. Więc siadasz w autobusie, i słyszysz te same rozmowy, widzisz te same twarze, jedna bardziej zjebana i przepita od drugiej. Albo słyszysz o tym samym gównianym filmie telewizyjnym, który też widziałeś wczoraj wieczorem. I następnego dnia to samo, tysiące interpretacji tego gówna. Głodny i niespokojny idziesz do roboty, gdzie też jesteś jako praktykant Panem Dupkiem. Nie widzisz w tym sensu, nie chcesz już uczyć się rzemiosła. Rodzi się w tobie chęć zburzenia, przerwania tego.

Szukałem pracy w budowlance ponieważ pomyślałem, że przynajmniej jest to praca na świeżym powietrzu. Myślałem: fabryka – to byłby kompletny horror. Jako stolarz przynajmniej wciąż pracujesz z drewnem, jest to w jakimś stopniu znośne, ale dziś ,z konstrukcjami z prefabrykatów, nawet tu coraz bardziej pracuje się z wkrętami, jak w fabryce. Nie jest to już robota rzemieślnika.

Na przykład, pracowałem pod czeladnikiem, starym stolarzem z Prus Wschodnich, który znał fach jak nikt w firmie, te dachowe konstrukcje czy szlifownia wymagały naprawdę dużych umiejętności. Wszystko tam pasowało. Ten stary człowiek wiedział to wszystko, a ciągle urywał się z pracy, postrzegał siebie jako rzemieślnika który potrafi wybudować dom własnymi rękoma. Dla niego liczyło się, by ludzie mieli dach nad głową. W tej pracy się realizował. Ten stary człowiek był dla mnie kimś. Tak to dziś widzę. Wtedy miałem go za idiotę, zabijającego się poprzez pracę tam, kompletne głupstwo, wkładanie ogromnego wysiłku w śmieci. Ale on ciągle znajdywał w tym sens. Nikt z pozostałych stolarzy tak nie robił. Redukowali wszystko do miejsca pracy -byli w tym tylko dla pieniędzy.

W swojej pracy osiągasz pewną dawkę wolności. Kiedy naprawdę pracujesz, odnajdujesz w pracy siebie, to właśnie czyni cię rzemieślnik. To nie ma nic wspólnego ze sztuką, nie ma potrzeby wznoszenia tego na poziom artyzmu. Rzemieślnictwo to zdolność tworzenia własnymi rękoma czegoś potrzebnego i w pewien sposób dobrze wyglądającego.

Potem pomyślałem: chcesz robić te bezmyślne czynności tylko po ty, by zyskać emeryturę czy ubezpieczenie społeczne? Przecież to szaleństwo. Teraz żyję, jestem młody, pomartwię się o to później. W końcu mam pracę, daję sobie finansowo radę i mam trochę radości. Naturalnie, zawsze wolałem biegać za dziewczyną niż za pracą, więcej na tym zyskujesz, i ona również!

Cała historia Gedächtniskirche* (*-kościoła zbombardowanego podczas I Wojny Światowej, który stał się symbolem kultury powojennej, a później kultowym miejscem kontrkultury), z którą się wszystko zaczęło, była czysto proletariacka. Robotnik jest bardziej związany z muzyką rockową niż czymś intelektualnym. To coś bardziej fizycznego, dostrajasz się ciałem, nie umysłem, i tańczysz, to jest coś bardziej twojego, bo jesteś bliżej ziemi. Myślę, że to też sprawa uczucia, jakie wywołuje ten rodzaj muzyki. Cały przekaz tej muzyki, pieprzenie czy jak to chcesz nazwać…czyń miłość, nie wojnę. Robotnikom łatwiej się do tego odnieść.

Na przykład, pamiętam jak nie mogąc wychodzić wieczorami, leżałem w łóżku i słuchałem Radia Luxemburg czy A.N.F. (Armed Forces Radio) – stacji, które grały do późna muzykę rockową. Gdy pierwszy raz usłyszałem „Let`s Twist Again” Chubby Checkera wyskoczyłem z łóżka, by tańczyć – później robiłem podobnie. Intuicyjnie zrozumiałem, co ten gość chciał mi przekazać. Zostało to bardzo dobrze pokazane w „Soul On Ice” Eldridge`a Cleavera (autobiograficznej powieści o walkach społecznych w Ameryce), w rozdziale „Rekonwalescencja”, on to uchwycił. Całkiem spontaniczne doświadczenie, myślę.

Ten rodzaj muzyki to nie trip Bethovena, nie angażujesz głowy, tylko ciało. Oczywiście, to wyrasta z bluesa, kultury zbieraczy bawełny, która w ten sposób wprowadzała radość do całego dnia pracy. W ten sposób właśnie ta muzyka trafiała raczej do proletariackich niż intelektualnych kręgów.

W tych czasach większość z nas nie miała własnego mieszkania. Mieszkaliśmy w rodzinnych domach i byliśmy całkiem młodzi. Nie mieliśmy po prostu pieniędzy na coś swojego.

Po prostu nigdy nie masz pieprzonego grosza. Jedynie tyle, by starczyło na butelkę czerwonego wina i skręta. Dużo wtedy piliśmy. W ‘65 nie było za bardzo narkotyków, nikt zbytnio o nich nie wiedział – w najlepszym razie jakieś pigułki szczęścia, speed czy captagon. I ten sam repertuar pechowych historii. Nie było zbyt wielu alternatyw.

Ciągle nie czułeś się częścią lewicy. Ale wszystko, co było w w opozycji było dobre, włączając w to neonazizm. Ale to nie był romantyzm spod znaku swastyki, nikt nie uważał Hitlera za dobrego – on też nienawidził długich włosów! Ten faszyzm był jednak w opozycji, a ty znajdowałeś czystą opozycję lepszą niż miernota drobnej burżuazji. Wszystko, co się na nią nie godziło, uważałeś za dobre.

Dla wielu ludzi sprawy stały się polityczne później, za sprawą Wietnamu i demonstracji, które z tego wyrastały. Wszystko przychodzi razem z demonstracjami. Nasi chłopcy zawsze tam byli – prawdziwe „coś” na ulicy, więc wszyscy poszli w tę stronę. Na początku było zabawnie: mogłeś spotkać tam swoich przyjaciół z Fat Host.

Dyskusja