Nacjonaliści, lewica i uniwersytet

doorPremier osobiście zabiera głos w sprawie happeningu narodowców na wykładzie Środy, mówiąc: „Stała się rzecz straszna”. Środa porównuje to z hitlerowskimi bojówkami oraz napaściami esbecji. Ziemkiewicz sugeruje, że mogła to być prowokacja wymierzona w ruch narodowy, by odwrócić uwagę od poważniejszego problemu jakim jest „homoterroryzm” i „homopropaganda”. Ma na myśli pokojowy happening grupy „Akcja Homoterapia”. Uniwersytet Gdański odwołuje debatę o związkach partnerskich z obawy przed agresją homofobów. Rektor lubelskiego UMCS wycofuje polityczną prezentację Ludwika Dorna na temat pakietu klimatycznego, tłumacząc: – Nie zgodziłem się na nią, bo nie chciałem, by tylko jedno ugrupowanie polityczne miało szanse na zaprezentowanie swoich poglądów. Tłem dla tych decyzji jest odwołanie propagandowego spotkania faszystów na warszawskim uniwersytecie, od którego wszystko się zaczęło.

Jeśli dla opisania zbrodni aparatu stalinowskiego oraz akcji studentów rozlepiających ulotki na uniwersytecie, używa się tego samego słowa „terror”, nie trzeba mieć specjalnie sprecyzowanych poglądów politycznych, by stwierdzić, że coś tu nie gra.

Jak widać kibolo-faszystom udało się nieźle namieszać. I skoro nie możemy temu zaradzić, starajmy się przynajmniej wyciągnąć z tego jakąś lekcję, nie ulegając prymitywnemu odruchowi plucia i szczerzenia kłów, który cechuje druga stronę, bo to przeszkadza w myśleniu.

Zacznijmy może od specyficznych reakcji mediów i polityków oraz języka, który towarzyszy ostatnim wydarzeniom. Tym, co uderza w wypowiedziach polityków jest całkowity brak poczucia proporcji. Ich reakcje są rażąco nieadekwatne w porównaniu z tym, co w istocie miało miejsce. Premier mówi o „strasznych rzeczach”, mając na myśli happening ( gdzie obecna jest także przemoc), podczas którego nic się nikomu nie stało. Ot, happening i przepychanki jakich na świecie wiele. Prawicowcy jazgoczą o „homoterroryzmie” z powodu trójki studentów, którzy przebrali się i rozdają ulotki na uniwersytecie. Ich największa zbrodnią jest umieszczenie naklejek na drzwiach bojkotowanego naukowca, którego kolega już publicznie ogłosił, że „boi się” takich działań. Lewica zaś mówi o prawicowych „bojówkach” w czym chyba najbliższa jest prawdy (choć i to jest przesadą, bo bojówki głownie zajmują się biciem). Z kolei niektórzy anarchiści strzelają sobie samobója, plasując się w jednym obozie z establishmentem, mówiąc o „burdach” na uniwersytecie, wyśmiewając ideę happeningu (no coż, narodowcy również potrafią go zrobić) oraz co gorsza apelując do władz o odgórne, arbitralne wprowadzanie zakazów na UW.

Wiemy już, że skrajna prawica nie posiada żadnego samokrytycyzmu, a przekłamywanie rzeczywistości nie rodzi w niej żadnych wyrzutów sumienia, innymi słowy wyzbyta jest skrupułów. Mieliśmy okazję przekonać się o tym na masową skalę, przy okazji 11 listopada w Warszawie. Wiemy dobrze, że z kłamstwa uczyniła swoje pełnoprawne narzędzie walki, mimo, że tak często zasłaniaj się „walką o prawdę”.

Jeśli chodzi o reakcje premiera czy władz uczelni, nasuwające się wnioski są ciekawsze. Wydaje się, że widzimy tu zwyczajną dezorientację, wywołaną tym, że ktoś wymyka im się spod kontroli oraz odrzuca instytucjonalne formy mediacji. Wszyscy w tym kraju – politycy i społeczeństwo – przywykli do tego, że demokracja jest jednym wielkim kłamstwem. Bo jest. Takie jest życie, mówi wielu, obojętnie wzruszając ramionami. Sale sejmowe, telewizyjne transmisje, wyborcze wiece – oto czym w tym kraju jest polityka. I tak to się kręci.

Spektakl polega na zapośredniczeniu naszego życia, poprzez różnego rodzaju reprezentacje. Politycy decydują za nas o sprawach społecznych. Media i eksperci przekonują nas co powinniśmy myśleć. Rynek i jego agendy wpajają nam czego mamy pragnąć i czym się cieszyć. Spory polityczne symulowane są przez media, a „uczestnictwo” wielu ogranicza się do śledzenia ich w telewizji i gazetach. Wszyscy do tego przywykliśmy.

Zarówno narodowcy jak i akcja Homofobia czy 15w08 swoimi spontanicznymi działaniami robią samodzielny wyłom w demokratycznym fałszu pozorowanego uczestnictwa. A to wywołuje niepokój elit, które nie wyobrażają sobie polityki innej niż posadzenie przed sobą w telewizyjnym studio Kalisza i Niesiołowskiego, by upozorowali kłótnię, a potem razem poszli na wódkę.

Nie próbujemy tu usprawiedliwiać nacjonalistów. Chcemy jedynie pokazać, że żyjemy w rzeczywistości tak martwej i skostniałej, iż wszelkie niekontrolowane działania – również tych z którymi się nie zgadzamy – oraz reakcje na nie, odkrywają przed nami całą niewykorzystaną przestrzeń działania, którą system stara się prewencyjnie napiętnować jako obszar „niebezpieczny”, „zagrażający”, „nieprzewidywalny” z którego rzekomo mogą nadejść rzeczy najgorsze. To tu system stawia mur całej racjonalnej argumentacji, potępiając przemoc i podkreślając potrzebę dialogu, bo wie, że stąd właśnie może rozprzestrzenić się buntowniczy ferment, który zamiast dialogu z władzą, będzie chciał ją niszczyć. Anarchiści nie powinni więc krytykować nacjonalistów za metody działania, lecz za cele jakim one służą i hasła, które głoszą. Metody te są bowiem życiodajnym składnikiem każdego ruchu, stawiającego sobie wywrotowe zadania. Oburzanie się, że faszyści nie szanują „standardów uniwersyteckiej dyskusji” i zachowują jak „agresywna hołota”, jest w ustach anarchisty hipokryzją. To język władzy potępiającej niepokornych. Greccy czy chilijscy anarchiści robią o wiele „gorsze” rzeczy na swoich uniwersytetach, nie tylko czyniąc z nich przyczółki aktywności politycznej, ale również atakując z ich obszaru policję przy użyciu kamieni i koktajli mołotowa. Możemy domyślić się więc jakim językiem i jakimi porównaniami są opisywani przez tamtejszy establishment czy wykładowców domagających się przestrzegania „uniwersyteckich standardów”.

Kolejnym tematem jaki pojawił się przy okazji ostatnich wydarzeń jest kwestia domniemanej apolityczności uniwersytetu.

Redakcja „centrum informacji anarchistycznej” wystosowała apel do władz UW, sugerując zakazanie spotkania narodowców. Naszym zdaniem nie można negować władzy, jednocześnie legitymizując ją poprzez zachętę, by ingerowała w życie studenckie. Ta sama władza jutro powoła się na nacjonalistyczny precedens, by wygonić z uczelni anarchistów. To studenci powinni przeciwstawić się nacjonalistom na uczelni. Jeśli tego nie zrobią, powinniśmy zrobić to my, jeśli nie zrobimy tego my, wówczas to spotkanie powinno się odbyć. Zwracanie się do władz nie tylko stoi w sprzeczności z anarchistycznym etosem, ale również jest przyznaniem się do własnej bezsilności. Lepiej jednak pozostać uczciwie bezsilnym, pozwalając studentom odczuć na własnej skórze skutki politycznej bierności, niż przeczyć własnym hasłom, w imię doraźnych korzyści.

Lepszy jest uniwersytet na który mogą wejść anarchiści, gdyż są na nim też nacjonaliści, niż uniwersytet na który anarchiści wejść nie mogą, ponieważ nacjonaliści też nie mają tam wstępu. Z dwojga złego, lepszy uniwersytet otwarty dla wszystkich niż zamknięty dla każdego.

Dochodzimy tu do innej ważnej kwestii. Wygląda na to, że wielu ludzi związanych z uczelnią naprawdę wierzy, że uniwersytet powinien być apolityczną, sterylną maszyną, produkującą neutralną wiedzę i ludzi z tytułami naukowymi. Ich zdaniem polityka nie powinna mieć tu wstępu. To oczywiście fikcja, ponieważ ona już tam jest. uczelnie reprodukują panującą ideologię, upowszechniając cały zestaw określonych wartości i ucząc akceptacji dla systemu, wintegrowując młodych ludzi w określone role społeczne. Ta groteskowa wizja, postulująca oddzielenie polityki od obszarów akademickich, odzwierciedla martwy koszmar egzystencji uwikłanej w zapośredniczenia spektaklu. Jest ona odbiciem fantazji systemu, zgodnie z którymi wszystkie instytucjonalne ciała społeczne stanowią gotową,ukończoną i zamkniętą całość, górującą nad życiem jednostki, której nie pozostaje nic innego jak przystosować się do nich, poprzez opanowanie zasad ich działania i obsługi. Nie ma tu miejsca na konflikty, spory, negację, kwestionowanie, urządzanie rzeczy inaczej. Student powinien zdobyć wykształcenie, a potem znaleźć pracę. I tyle.

Ta mechaniczna koncepcja społeczeństwa ma dziś szczególne znaczenie, gdy powszechnie podważa się wartość kierunków humanistycznych, jako nieprzydatnych gospodarce. Dawniej produkowano jedynie po to, by zaspokoić ludzkie potrzeby, dziś konsumuje się po to, by zaspokoić potrzeby gospodarki. Powstał cały przemysł zajmujący się perswadowaniem i kreowaniem nowych potrzeb, aby podtrzymać to konsumpcyjne koło zamachowe. Gospodarka powstała jednak po to, by służyć ludziom – i to stanowi punkt wyjścia refleksji humanistycznej – a nie po to, by ludzie służyli gospodarce, jak domagają się rynkowi troglodyci, którzy z umiejętności przystosowania się do niej uczynili cnotę, pod pręgierzem której stawiają wszystkich nieprzystosowanych.

Jeśli mielibyśmy mówić o jakiejś roli humanistów to jest nią właśnie pilnowanie, by apologeci dostosowania i użyteczności rozumianej w czysto technokratycznych kategoriach, nie zawłaszczyli w pełni opowieści o świecie w jakim żyjemy.

Podczas gdy technokratyczne myślenie domaga się od nas dostosowania do wielkich, złożonych i wyalienowanych struktur, anarchizm, odwraca ten kierunek, przywracając jednostce jej nadrzędną rolę. I to nie jednostce w sensie specjalistom, ekspertom, elitom, lecz każdemu, kto poszukuje dla siebie wolności i komu nie wystarczają strategie ucieczki w prywatność.

Kierunki humanistyczne były więc na tej ścieżce niejednokrotnie rozsiewnikami buntu, dlatego, że właśnie tam zastanawiano się nad sensem i sposobami urządzenia społeczeństwa. Z jednej strony na uniwersytetach od zawsze produkowano przyszłą kadrę zarządzającą systemu, z drugiej zaś ideologiczny ferment i atmosfera ciągłej dyskusji zachęcała młodych ludzi do samodzielnych poszukiwań, a wreszcie do buntu przeciw idei usłużnego uniwersytetu. Tak rodziła się radykalna polityka, która burzliwie toczyła się na uczelniach, ale również przełamywała spektakularne oddzielenie, wychodząc na ulice i do fabryk. Lekcje lat 60-ych obfitują w bogactwo doświadczeń zdobytych przez ówczesny radykalny ruch studencki. Warto o nich pamiętać, by nie powtarzać starych błędów i złudzeń właściwych wszelkiej maści socjaldemokratom. Nie należy liczyć na liberalizm władz, domagając się, by pozwalały na takie spotkania, jakich chcą studenci, zamiast tego trzeba mieć świadomość, że uczelnia jest tym, co z niej zrobią studenci i działać bez pytania o zgodę.

Sprowadzanie problemu do tego czy dyskusja jest obiektywna i ma prawo się odbyć, bo uczestniczą w niej przeciwne strony sporu, czy też jest subiektywna i należy jej zakazać, ponieważ udział wezmą w niej zwolennicy tylko jednej opcji jest tematem zastępczym. Takie postawienie sprawy odwraca nasza uwagę od faktu, że bierze ono za swój punkt odniesienia uznanie arbitralnej roli państwa w tym sporze. To kolejna próba utrzymania kontroli przez władze, usprawiedliwiana szlachetnymi intencjami. Widzimy do czego prowadzi ten argument – niektóre władze już zaczęły wykorzystywać go do odwoływania lewicowych spotkań, najpierw z Biedroniem w Gdańsku, a teraz – w dniu 3 marca (święto „żołnierzy wyklętych”) – do odwołania pokazu filmowego na temat odradzającej się fali europejskiego nacjonalizmu, organizowanego we wrocławskiej galerii sztuki BWA przez Krytykę Polityczną. Argument ten stał się użytecznym zaworkiem, którym można, zależnie od sytuacji, kręcić to w lewo to w prawo, na tyle przydatnie, aby ugasić w zarodku wszelkie inicjatywy czy procesy mogące wymknąć się spod kontroli. Stoi za tym strach przed wdarciem się żywej, pozainstytucjonalnej polityki na teren uniwersytetu, który przywrócenie porządku nazywa ochroną „bezpieczeństwa” i „neutralności”. Gdy „obiektywne” pluralistyczne debaty przerodzą się w walkę, również zacznie je odwoływać. Wiadomo co może się wydarzyć gdy w jednej sali pojawi się socjaldemokratyczna lewica i faszyści.

Faszyści zakwestionowali monopol władzy na uniwersytecie. Pokazali, że władza się boi i sprowokowali ją do większej represywności, która obróciła się także przeciwko lewicy – z czego zapewne są zadowoleni. Jednocześnie mogą kreować się na ofiary poddane cenzurze. To doskonała okazja, by obserwować jak działa władza i jak sprawdza się taktyka jej prowokowania. Nie grzecznymi protestami, nie dyskusjami i „dialogiem”, ale otwartym zakłóceniem porządku. Wyrzucanie przez uczelnie politycznych spotkań demaskuje bowiem jej polityczny charakter.

Uniwersytet powinien być miejscem ścierania się idei, politycznego fermentu i ostrych debat, ale nie dlatego, że taka jest idea uniwersytetu – bo nie jest – tylko dlatego, że takim należałoby go uczynić, aby stał się czymś więcej niż fabryką magistrów. Głupie gadanie o tym, że na uniwersytecie obowiązują inne standardy dyskusji niż w sejmie czy na ulicy, próbuje przed nami ukryć, że tam po prostu nic się nie dzieje. Słychać tylko monotonny szum wiedzy transmitowanej do studenckich głów.

Czytaj także:

Politycy, profesorzy i homo-studentki

Dyskusja