Indie: Maoiści rosną w siłę
Hinduski rząd oskarżył maoistowskich partyzantów o wykolejenie zatłoczonego pociągu z Bombaju do Kalkuty i zabicie co najmniej 80 osób. I oznajmił, że maoiści są największym zagrożeniem dla państwa
Pociąg wykoleił się wczoraj o 1.30 w nocy, bo ktoś zdemontował kawałek torów. Większość pasażerów spała. Władze twierdzą, że mają dowody winy maoistów. Ci najpierw przyznali się do zamachu, ale potem zmienili zdanie. Byłby to drugi krwawy atak maoistów w ciągu dwóch miesięcy – na początku kwietnia zabili w zasadzce 75 policjantów w stanie Ćhattisgarh.
Minister policji Palaniappan Chidambaram przyznał niedawno, że maoistowska rebelia ogarnęła już jedną trzecią kraju. Partyzanci, których liczbę władze szacują na 20 tys., działają w 20 z 28 stanów, a na opanowanych terytoriach tworzą własne struktury władzy z sądami, policją i poborcami podatkowymi. Maoistowski „czerwony korytarz” rozciąga się od porośniętych dżunglą wybrzeży Orisy i Tamilnadu na wschodzie i południu kraju po Himalaje, gdzie towarzysze broni z Nepalu obalili króla i ćwierćwieczną monarchię, a przez kilka miesięcy nawet sprawowali władzę w Katmandu.
Maoistowskie powstanie zaczęło się od chłopskiego buntu w 1967 r. w miasteczku Naksalbari w Bengalu Zachodnim. Szybko stłumione powstanie naksalitów nigdy nie wygasło i odżywało co kilka lat w nowych wcieleniach na wschodzie kraju. Tamtejsze plemiona i chłopska biedota – traktowani przez urzędników, sędziów i policjantów jak obywatele gorszej kategorii – chwytali za broń, nie widząc innego sposobu, by dochodzić sprawiedliwości. Nieliczni partyzanci, uzbrojeni w staroświeckie strzelby i łuki, nie zagrażali rządom z Delhi i byli łatwym łupem dla posyłanych przeciwko nim karnych ekspedycji.
Sprawy niespodziewanie przybrały inny obrót, gdy przeżywające gospodarczą zapaść Indie w latach 90. postanowiły zerwać z siermiężnym socjalizmem i zaczęły wprowadzać wolnorynkowe porządki. Kapitalizm przyniósł Indiom fantastyczny wzrost gospodarczy, ale nagłe bogactwo stało się udziałem 50-100 mln ludzi – mieszkańców wielkich metropolii, jak Delhi, Bombaj, Kalkuta czy Bangalur. Zamieszkanej przez prawie miliard dusz chłopskiej prowincji nie dostało się nic.
Bieda i poczucie krzywdy sprawiły, że do tlącej się wciąż w dżungli partyzantki zgłaszali się nowi rekruci, a oddziały rebeliantów mogły liczyć na poparcie chłopów. Rozniecone powstanie szybko roznosiło się po kraju. W 2003 r. ogarnęło 55 z 626 powiatów Indii, dziś maoistowska partyzantka obecna jest co najmniej w 223 powiatach. Jej bastionem są wschodnie stany Ćhattisgarh i Dżharkhand oraz Madhja Pradeś i Orisa.
Z chłopskich buntowników maoiści przerodzili się w bitne i dobrze uzbrojone partyzanckie wojsko. Dowodzeni przez komendanta Koteshwara „Kishenjiego” Rao (politycznym przywódcą ruchu jest były nauczyciel Muppala Lakshmana „Ganapathi” Rao) indyjscy maoiści stali się partyzantką, którą podziwialiby Mao Zedong, Ho Szi Min i Che Guevara.
Upominając się o prawa biedoty i dyskryminowanych plemion, zapewnili sobie ich poparcie, rekrutów, schronienie i wikt. W dżungli, którą znają jak własną kieszeń i gdzie porozbijali obozowiska, są niedościgli dla tropiących ich policjantów i kiepsko wyszkolonych oddziałów paramilitarnych.
Do niedawna partyzanci ograniczali się do skrytobójczych mordów na politykach, podkładania min na drogach, wysadzania pociągów i mostów, nocnych ataków na policyjne komisariaty i więzienia. Ostatnio jednak – uzbrojeni w nowoczesną zdobyczną broń – coraz śmielej stawają do otwartych bitew z policją. Nawiązali też współpracę z innymi partyzantkami w Azji: maoistami z Nepalu, Tamilskimi Tygrysami ze Sri Lanki, a nawet mudżahedinami z Kaszmiru walczącymi o przyłączenie go do Pakistanu.
W zajmowanych wioskach maoiści ustanawiają swoją władzę, witaną przez chłopów chętnie, bo urzędnicy z Delhi kojarzą się im wyłącznie z arogancją, nepotyzmem i złodziejstwem. Poza Bengalem Zachodnim i Andhra Pradeś pozostałe stany, w których maoiści są najsilniejsi, zaliczają się do najgorzej rządzonych i najbardziej skorumpowanych. – Rząd z Delhi wyprzedaje Indie obcym, a maoiści bronią nas przed nimi – tłumaczył dziennikarzowi BBC jeden z chłopów z Dźharkhandu.
Partyzanci prawie nigdy nie atakują ludności cywilnej. Zabijają tylko tych, których podejrzewają o szpiclowanie. Wieśniacy narzekają jedynie, że dzieci nie mają się gdzie uczyć, bo partyzanci palą im szkoły, często przejmowane przez oddziały policji na kwatery. Tam, gdzie działają maoiści, ryzykowna jest też podróż autobusem. Policjanci często wykorzystują bowiem cywilne autobusy do przeprowadzania karnych ekspedycji, więc partyzanci podkładają na drogach miny i ostrzeliwują jadące przez dżunglę samochody.
Pieniądze na wojnę i utrzymanie partyzanckiej administracji maoiści zdobywają, wymuszając haracz od działających na ich terenach zagranicznych koncernów, rabując banki, przemycając narkotyki i wszelką kontrabandę, porywając ludzi dla okupu. Według BBC w Dźharkhandzie pobierają „rewolucyjny podatek” nawet od miejscowych policjantów i urzędników.
Na terenach, gdzie działają partyzanci, leży połowa najbogatszych złóż surowcowych Indii – węgla kamiennego, rudy żelaza, boksytów, magnezu, chromu i niklu. Maoiści odstraszają inwestorów, pozbawiając rząd z Delhi miliardów dolarów.
To właśnie sprawiło, że indyjskie władze postanowiły w końcu zrobić porządek z maoistowską rebelią. Przed rokiem rząd Manmohana Singa ogłosił maoistów terrorystami, a jesienią 2009 r. wydał 100 tys. policjantów rozkaz do operacji „Zielone łowy”. Minister policji Chidambaram zapowiadał, że rozprawi się z maoistami w trzy-cztery lata.
Ale już po sześciu miesiącach widać, że „Zielone łowy” nie zakończą się sukcesem. Policjanci i oddziały paramilitarne nie radzą sobie z zaprawionymi w bojach partyzantami, a ci na atak odpowiadają atakami. Po kwietniowej masakrze policjantów w dżungli Ćhattisgarhu minister Chidambaram oznajmił, że jeśli partyzanci złożą broń, gotów jest z nimi negocjować. Maoiści nawet nie odpowiedzieli, lecz dokonali kolejnej zasadzki i zapowiedzieli, że wkrótce poślą oddziały także do miast, by i tam wywołały powstanie.
W zeszłym tygodniu, gdy partyzanci zabili w zasadzce kolejnych 35 policjantów, Chidambaram ogłosił, że przystąpi z maoistami do rozmów, jeśli przerwą walki choć na trzy dni. Nazajutrz partyzanci zastrzelili w zasadzce pod Kalkutą kolejnych pięciu policjantów. Upokorzony i rozgniewany Chidambaram zagroził, że na wojnę przeciwko partyzantom pośle teraz wojsko i lotnictwo.
Ministrowi nie udało się jednak przekonać do tego kolegów z rządu, a przede wszystkim niekoronowanej królowej Sonii Gandhi, szefowej rządzącej Partii Kongresowej i dziedziczce dynastii Nehru-Gandhich. Partyjni dygnitarze boją się, że posłanie wojska przeciwko maoistom i nieuchronne ofiary wśród ludności skażą Partię Kongresową na porażkę w zbliżających się ośmiu wyborach stanowych.
Na udział w wojnie z partyzantami nie zgadzają się też generałowie, unikając za wszelką cenę mieszania się w politykę. Generałowie słusznie przekonywali, że wojsko – od dziesięcioleci szkolone i zbrojone do prowadzenia konwencjonalnej lub atomowej wojny z sąsiednimi Pakistanem i Chinami – zupełnie nie nadaje się do walki z rebeliantami. Dowódcy lotnictwa rwali sobie włosy z głowy, że ich piloci – znakomicie przygotowani do ataków dywanowych Pakistanu – nie poradzą sobie z precyzyjnymi uderzeniami na ukryte kryjówki partyzantów w wioskach.
Nie bez znaczenia jest to, że cywilne ofiary operacji pacyfikacyjnych – jak to bywało w latach 80. podczas rebelii sikhów w Pendżabie czy w latach 90. podczas powstania w muzułmańskim Kaszmirze – tylko zniechęciłyby jeszcze chłopów do rządu i wzmocniły maoistów. Posłanie wojska przeciwko partyzantom oznaczałoby też przyznanie się, że w Indiach toczy się wojna domowa.
Źródło: Gazeta Wyborcza / wyborcza.pl