Film: Greek state of mind

Kolejne filmy młodych reżyserów z Hellady robią międzynarodową karierę i przechodzą niemal niezauważone w kraju pochodzenia. Giorgos Lanthimos, Athina Rachel Tsangari zbierają festiwalowe laury, równocześnie z marnym skutkiem walcząc w Grecji o finansowanie nowych projektów, pod względem budżetu porównywalnych zresztą do kameralnych polskich produkcji. Ten paradoks łatwiej wytłumaczyć, jeśli przyjrzymy się ich filmom. Eksperymentalne zarówno w warstwie narracyjnej, jak i estetycznej obrazy bez odpowiedniego klucza mogą zdawać się zakrapianą perfidnym czarnym humorem fantasmagorią. Żeby oswoić ich egzotyczny smak, trzeba nabrać dystansu, a o ten niezwykle trudno, gdy stoi się w samym środku przedstawionego świata. O ileż łatwiej zrozumieć pozornie dziwacznych bohaterów Kła, gdy zdecydujemy się potraktować przedstawioną w filmie historię czysto metaforycznie – jako ilustrację  „stanu umysłu” współczesnej Grecji, procesu myślowego zapętlonego w głowie protestującego gdzieś w Atenach wściekłego i jednocześnie całkowicie zagubionego dwudziestolatka.

Kieł

Kieł

Otwierająca Kinettęeskapistyczna sekwencja niespokojnej wędrówki mężczyzny, ze słuchawkami na uszach i bez cienia emocji na twarzy, mknącego przez ohydną, podmiejską przestrzeń, jest symptomatyczna dla nielicznej, acz podejrzanie spójnej grupy młodych filmowców, nieopatrznie nazwanych przez kogoś grecką nową „falą”. Pierwszy film Lanthimosa sygnalizuje problemy, które całkowicie zdominowały ostatnie lata w greckiej kinematografii. Kinetta to studium ruchów pozornych, relacji, które tylko wydają się do czegoś prowadzić, nieść znaczenie, posiadać ciężar. Z jednej strony starania bohaterów wyrażają nie do końca uświadomioną, być może wyuczoną, potrzebę pozostawania w związku zależności od innych osób, z drugiej ich zachowania – i te teatralne, jak choćby pokraczne odgrywanie scen zbrodni, i te zupełnie codzienne, np. wyścigi na gokartach czy seks – nie przybliżają ich w żaden sposób do zrozumienia drugiej istoty ludzkiej.

Bohaterowie odzwierciedlają pustkę i jałowość otaczającego ich krajobrazu – odrapanych, pustych hoteli, szarych trawników i wyglądających jak plac budowy plenerów. Ani dwoje rówieśników, ani starszy od nich o przynajmniej dwadzieścia lat reżyser amatorskich, teatralnych „mordów” nie potrafią, nie chcą, wyjść poza fasadowe role.  Trudno o zaskoczenie, skoro nawet uratowanie kogoś przed samobójstwem nie prowadzi ani do skrócenia dystansu, ani do wytworzenia jakiejkolwiek więzi, choćby poczucia odpowiedzialności za czyjeś życie.

Kinetta

Kinetta

Wyobcowanie bohaterówKinetty koresponduje ze statusem wiecznego „obcego” centralnej postaci „Small Business of Going”. Bohaterka pierwszego filmu Tsangari – Petra, urodzona w samolocie lecącym z Meksyku do Grecji, a więc w konsekwencji nigdzie nie zakorzeniona, nie potrafiąc nazwać domem żadnego miejsca na Ziemi, przywołuje całą gamę problemów ze skonfliktowaną tożsamością. W Grecji ów dysonans, próba sił – między potrzebą uwolnienia się od tyranii przeszłości, nazywanej przez Tsangari „swoistą formą narodowej nekrofilii”, a paniką i bezradnością wynikającymi z poczucia dojmującej samotności staje się wspólnym mianownikiem całego pokolenia.

Tutaj każdy sam jest sobie okrętem i dryfuje w stronę samotności i odrętwienia. W Kinettcie (w dosłownym tłumaczeniu – „ktoś pełen energii”) życie, przewrotnie filmowane na przemian statycznie i wyjątkowo ruchliwie, zdradza finalnie swoje nieuniknione dążenie do bezwładu.  Na torze gokartowym nie bez powodu mknie w tym samym czasie tylko jeden bolid, kolizja, interakcja z innym kierowcą jest tym samym niemożliwa i najwyraźniej zbędna. Jeździe towarzyszy cisza – dodatkowo sugerująca mechanicyzm kierowcy, całkowite wygaszenie emocji. Ta zachowawczość, niezdolność do przeżywania, wchodzenie w bardziej lub mniej kuriozalne role, to, jak twierdzi Lanthimos, prezent po przodkach, a może raczej efekt skrajnego wykorzenienia i okaleczenia młodych Greków. Czy jest jakaś nadzieja? Jeżeli nic nas nie łączy, to znaczy, że jednak coś łączy nas wszystkich, zdaje się mówić Lanthimos. Coś, cokolwiek.

Jakością wyróżniającą greckich filmowców jest jednak sposób dochodzenia do tej konkluzji – senny, instynktowny, oparty raczej na przeczuciu, wnioskach wyciąganych z bezwarunkowych odruchów. Ich bohaterowie mają niejasne przeczucie, że powinni do czegoś dążyć, coś czuć, starają się nauczyć tej sztuki, w odtwórczy sposób oswajają życie, które wydaje się obce i nierealne, jak podróż na Marsa, albo fascynujące jak tajemniczy świat fauny i flory przedstawiany przez Davida Attenborougha. Nawiązujący do tych przyrodniczych dokumentów Attenbergrównie subtelnie diagnozuje, co przepisuje lekarstwo. Marina, córka umierającego na nowotwór architekta, traktuje ludzkość jako jeszcze jeden gatunek zwierząt. Bada ciało, język i zachowania z bezstronnością i zapałem naukowca, jednocześnie pamiętając, że jest zarazem badaczem i przedmiotem badania. Jej odrealniona, w pełni kontrolowana socjalizacja osiąga kolejny etap – wejścia w dojrzałość. Ryzyko tego ruchu jest olbrzymie, umierający ojciec jest przecież zawiedzionym światem i swoim własnym pokoleniem intelektualistą, który z pominięciem etapów pośrednich, w przyspieszonym tempie „post-industrializując” Grecję, skazał mieszkańców na samotność i wyobcowanie. Nie bez powodu Yannis Economidis, autor m.in. Matchboxa i Nożownika nazywa greckie miasta ziejącymi pustką, pełnymi klatek i krat potworami. Spyros opowiada Marinie: „to tak jakbyśmy zaprojektowali ruiny”, usprawiedliwiając swoją rezygnację z udziału w społeczeństwie i tłumacząc seanse przedziwnych zabaw językowych i intelektualnych, za pomocą których przygotowywał córkę do stawienia czoła światu. Jakie życie czeka tych, którym nie dane było nabrać „attenbergowskiego” dystansu, wyraźnie widać w Nożowniku – głucha frustracja i niespełnienie prędzej czy później przeradzają się w przemoc. Przykład prowadzącego do zabójstwa pseudo-romansu Nikosa i Gogo pokazuje, jak daleko współczesnej Grecji do antycznych tragedii – odebranie życia nie jest tu wynikiem porywu namiętności, a tylko wykonaną w letniej temperaturze czynnością, która obywa się również bez wyrzutów sumienia.

Attenberg

Attenberg

Społeczeństwo jest najwyraźniej do tego stopnia przerażające, że trzeba się przed nim chronić za wszelką cenę. Przynajmniej do takich wniosków dochodzi ojciec, niekwestionowana głowa rodziny w Kle, który konsekwentnie odcina dzieci od świata zewnętrznego. Poza barierą fizyczną – wysokim płotem otaczającym odosobnioną rezydencję – tworzy bardziej skuteczne bariery na poziomie języka i umysłu – nadaje słowom nowe znaczenia („zombie” to „żółty kwiatek”), tłumaczy, że lecący po niebie samolot jest w rzeczywistości równie mały jak jego papierowy, puszczany na wiatr odpowiednik czy w końcu, że za bramą czyha potworna śmierć z ręki (a właściwie łapy) krwiożerczego kota. Oczywiście, razem z pozostałymi członkami rodziny staje się zakładnikiem zbudowanej fikcji, bo musi ją w nieskończoność podtrzymywać. Aby „dzieci” uzyskały samodzielność i decyzyjność, zgodnie z zasadami tytułowy kieł musiałby wypaść. Okazuje się jednak, że mimo opresyjnych reguł i pozornie totalitarnej konstrukcji ogniska domowego, podobnie jak w filmie Tsangari, w człowieku rodzi się nie do końca uświadomiona, instynktowna potrzeba wolności. Narzędziem rewolucji może być niemal wszystko – w Kle zapalnikiem dla starszej córki stają się oglądane potajemnie amerykańskie filmy akcji. Tylko cóż to może być za rewolucja? Przecież rówieśnicy ojca bohaterki Attenberga, budując „przemysłową kolonię na zagrodzie dla owiec”, też myśleli, że robią rewolucję. Za tę arogancję, twierdzi Spyros, płaci pokolenie ich dzieci.

Zgubny wpływ przeszłości uchwycił w chaotycznym montażu i notorycznych przeskokach czasowych Syllas Tzoumerkas w artystycznie nierównej, niestety, Ojczyźnie. W atmosferze permanentnego konfliktu na trzech planach widzimy, jak niedostatki zamieniają się w błędy, a te w dalszej perspektywie prowadzą do patologii. Niezrównoważony, niepanujący nad napadami agresji Stergios jest przecież efektem zaburzeń swojej matki. Źródło jej problemów psychicznych pozostaje dla widza ukryte, ale zdaje się wskazywać na umierającego starca, ojca rodu. Atmosfera niezrozumienia i nieuniknionej konfrontacji potęgowana jest przez ciągłe przeskakiwanie kamery między rozmówcami i sugestywne zderzanie obrazów rodzinnych kłótni z materiałem telewizyjnym z gwałtownych zamieszek. Tzoumerkasowi wyraźnie żal manifestantów – jak mają zapanować nad wzbierającym w nich gniewem, skoro poprzednie pokolenia zostawiły ich samych sobie, równocześnie odbierając im jakąkolwiek moc decydowania o swoim losie?

Każdy ma taką rewolucję, na jaką sobie zasłużył, drwi z Greków Lanthimos, nie odmawiając przy tym swojej bohaterce odwagi i sprytu. Ale okaleczeni buntownicy są z góry skazani na porażkę. Ich spontaniczny, zwierzęcy niemal odruch buntu, jest tylko impulsem, za którym nie idzie trwała zmiana. Umysły młodych rewolucjonistów nie są w stanie stworzyć niczego poza negacją świata rządzącego się absurdalnymi, obcymi wobec nich zasadami. Być może najbardziej pesymistyczna metafora trwających w Grecji wydarzeń to smutna finałowa epifania Kła, wyzierająca z zamkniętego bagażnika ojcowskiego samochodu: innego świata nie ma. Przynajmniej nie dla nas. Czy zatem z upadku Grecji może wyniknąć coś dobrego? – Pewnie, z każdej katastrofy czy kryzysu coś wynika, będzie wreszcie lepiej, powstanie coś nowego, ale jak nisko trzeba upaść, by dotknąć ostatecznego dna? – mówił Yannis Economidis, autorNożownika, podczas zakończonego niedawno NYC Greek Film Festival. Ale jak długo będziemy musieli czekać? I ile niezaleczonych ran i ofiar pozostanie? Póki co, jedno jest pewne – im gorzej dla Grecji, tym lepiej dla greckiego kina.

Piotr Szcześniak

Filmweb.pl

Dyskusja