Grecka ulica walczy z systemem
– Bankowiec! Plutokrata! – krzyczeli demonstranci na placu Syntagma w Atenach na wieść, że Lukas Papademos został premierem Grecji. Dla nich „bankowiec” to rzecznik bogaczy, agent Zachodu i koleżka polityków troszczących się głównie o swoje interesy
– Kryzys Grecji i Europy zaczął się od banków i rynków finansowych. A teraz banki oraz te same rynki chcą zakończyć go na swoją modłę – mówi 34-letni Nikos Demetriu, lewicowy związkowiec i księgowy w firmie chemicznej. Co kilka dni przychodzi na plac Syntagma pod parlament, by wykrzyczeć, że kryzysowi winny jest „system”.
To słowo w Atenach wymieniają jednym chórem profesorzy, robotnicy, drobni sklepikarze. – System, czyli oni. Rządzący światem. Skorumpowani politycy, rozpuszczona finansjera, chodzące na ich pasku media. W Atenach nawet siedziby niektórych telewizji są w tych samych budynkach co banki – tłumaczy Demetriu.
Nacisk na elektrownię
„Bankowiec” Papademos, który był do 2010 r. wiceprezesem Europejskiego Banku Centralnego, a wcześniej szefem greckiego banku centralnego podczas wchodzenia Grecji do strefy euro, stanął wczoraj na czele nowego rządu jedności. Gabinet powstał pod naciskiem Europy i został poparty przez rządzący dotychczas lewicowy PASOK odchodzącego premiera Jeorjosa Papandreu oraz prawicową Nową Demokrację Antonisa Samarasa.
Zadaniem Papademosa oraz ministra finansów Ewangelosa Wenizelosa, który pełni tę funkcję od lipca 2011 r., będzie przepchnięcie przez parlament umowy między Grecją a eurolandem i Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Oznacza to kolejne oszczędności budżetowe pod ścisłym nadzorem Brukseli. W zamian bankrutujące Ateny dostaną 130 mld euro nowych pożyczek, a banki zredukują o 100 mld euro długi Grecji.
– Redukcja długu przez bankowców? Trzeba anulować wszystko! – mówi 21-letni Anestis Prusianos, działacz młodzieżówki komunistycznej na wydziale prawa stołecznego uniwersytetu. Osmolony budynek banku przy ulicy Stadiu, którą niemal wszystkie manifestacje zmierzają na Syntagmę, pokazuje, co Grecy myślą o świecie finansów.
Komuniści, którzy zebrali w ostatnich wyborach ok. 8 proc. głosów, są najlepiej zorganizowanymi demonstrantami i ponoć od lat są najmniej chętni do rozrób. – Precz z kapitalistycznym terroryzmem. Klasa robotnicza niech pracuje dla siebie, nie dla wyzyskiwaczy! – skandował w czwartek wieczorem kilkudziesięciotysięczny tłum idący ku Syntagmie.
Młode dziewczyny sprzedawały kupony-składki na działalność partii, dobrze zbudowani związkowcy z firm budowlanych szli na zewnątrz kolumny jako ochrona. Co kilka metrów maszerował rząd osiłków z czerwonymi flagami na drzewcach grubych jak drewniane pałki. – Dla samoobrony – tłumaczyli.
U komunistów ścisła hierarchia – tak na demonstracji, jak i w budynku wydziału prawa. – Dziennikarz? Muszę spytać o zgodę przełożonego! Samowolnie nie wolno rozmawiać – tłumaczy każdy spotkany student z czerwoną flagą lub plakietką z sierpem i młotem.
Dzwonią potem przez komórkę do przełożonego w partii lub młodzieżówce. Niektórzy mogą mówić. Że jedyny sposób na kryzys to walka klasowa. Że na Zachodzie myśleli, iż to przeżytek. A tu, proszę, cały kapitalizm się wali. I Grecja, i Włochy, i USA.
– Rewolucja? Nie odrzucam, ale teraz sprawdzają się także inne sposoby – tłumaczy Prusianos. Jest szefem „grupy negocjacyjnej”, którą można wezwać, gdy elektrownia chce odciąć prąd. To teraz plaga, bo kryzysowy podatek od nieruchomości (ok. 1 tys. euro rocznie od średniej nieruchomości) jest ściągany z rachunkami za prąd, by groźba odcięcia światła zniechęcała do wykręcanie się fiskusowi. Jak można negocjować z elektrownią? Straszycie poborców? – Nie, nie. Wywieramy nacisk. Na szefa oddziałów. Sprawdza się – enigmatycznie odpowiada młody komunista.
Pensje lecą w dół
Ateny nie wyglądają na zabiedzone miasto, a cięcia nie wpychają nikogo w głód czy bezdomność. Nie ta skala, nie ten rejon świata. Jednak oszczędności z miesiąca na miesiąc są coraz dotkliwsze i – to różnica w porównaniu z poprzednim rokiem – Grecy nie widzą szans na szczęśliwy koniec.
– Jestem sprzedawczynią w salonie prywatnej firmy telekomunikacyjnej. Zalegają mi z dwiema wypłatami. Wiosną zalegali z pięcioma, ale byłam wtedy mniej zdołowana niż teraz, bo jeszcze miałam nadzieję. Teraz już nie wiem, co będzie dalej – mówi 40-letnia Haris.
Nieterminowe wypłaty w prywatnych firmach to szary obszar greckich oszczędności. Na ateńskiej ulicy wszyscy mówią, że to coraz częstsze, ale nie ma oficjalnych statystyk, a pracownicy nie skarżą się do sądów z lęku o posadę.
Greckie bezrobocie wyniosło 16,6 proc. w lipcu 2011 r. i wzrosło do 18,4 proc. w sierpniu (dwa lata wcześniej wynosiło 7,1 proc.). To oznacza, że w jednym miesiącu – i to „żniwnym” dla żyjących z turystyki Greków – wylano z pracy ok. 87 tys. ludzi.
To były zwolnienia głównie w sektorze prywatnym, bo „trojka”, czyli UE, MFW i EBC, (na ateńskich murach słowie „trojka” czasem towarzyszy swastyka) dopiero jesienią zmusiła rząd Papandreu, by wziął się do zwolnienia w sektorze budżetowym.
Na razie na zasiłki wynoszące 60 proc. pensji wysłano 30 tys. ludzi, którzy po roku przeważnie nie trafią na bezrobocie, lecz na przyspieszone emerytury. Trojka chce jednak, by łącznie z budżetówki odeszło 100-150 tys. ludzi w najbliższych dwóch-trzech latach, czyli trzeba będzie zwalniać także młodszych, bez szans na emeryturę.
– Zabierają trzynastki, redukują dodatki za nocne zmiany. Udają, że nie odbije się to na poziomie opieki zdrowotnej. A jak ma się nie odbić, skoro nawet leki przestali dowozić na czas? – mówi Stawros Kutsiumpelis, przewodniczący związku zawodowego pracowników służby zdrowia.
Szacuje, że wprowadzane w tych tygodniach cięcia oznaczają, że średni dochód na rękę spadnie o 25 proc. – Nowa pielęgniarka, laborant, każdy pracownik służby zdrowia poniżej lekarza, lecz po czteroletnich studiach, dostanie ok. 700 euro na rękę. A po 30 latach pracy 1,4 tys. euro – pokazuje Kutsiumpelis na liście właśnie przysłanej mu z ministerstwa.
Z kolei 32-letni Waskis, który pracuje od czterech lat w urzędzie poza służbą zdrowia, wylicza, że straci ok. 30 proc. średniego miesięcznego dochodu.
Oszczędzajmy, ale solidarnie
Na Syntagmie bezdomnego psa Lukanikosa („riot dog” – mówią z angielska ateńczycy), który – co widać w relacjach TV z ostatnich miesięcy – dzielnie obszczekuje policję, biegnąc przed pierwszym szeregiem nawet najburzliwszych demonstracji, zgodnie dokarmiają komuniści, związkowcy związani zarówno z PASOK, jak i Nową Demokracją. A także spokojni bezpartyjni i młodzi bojowi, którzy – tak wyglądają – chyba niedawno tłukli się tu z policją.
Co ich łączy? Gniew, coraz częstsze teorie spiskowe („mówią, że jeśli parlament nie zatwierdzi cięć, władza zrobi zamach stanu”). I najważniejsze – wszyscy są albo studentami, albo pracownikami najemnymi, których (tak twierdzą) najłatwiej dociążyć nowym podatkiem, bo ich wypłata jest jawna dla greckiego banku, czyli i dla fiskusa.
– Świat widzi w nas leniwych Greków, którzy burzą się i strajkują, bo muszą „trochę pooszczędzać”. Jeśli już musimy, to oszczędzajmy, ale solidarnie. Niech płacą także adwokaci, prywatni lekarze, przedsiębiorcy. Firmy i Grecy pracujący w formie samozatrudnienia nadal kryją dochody przed fiskusem. A ci, co mają naprawdę dużo, trzymają pieniądze na tajnych kontach w Szwajcarii – mówi niemal każdy uczestnik demonstracji.
To bogaczy, jak przypominają na Syntagmie, ma wciąż chronić „system”. – I o to idzie w tych wszystkich manifestacjach. Przeciw dociążaniu mniej zarabiających, a chronieniu bogatszych – mówi związkowiec Kutsiumpelis.
Pensje i ceny w Atenach
Średnia płaca netto w Grecji w 2010 r. wynosiła 935 euro (4,1 tys. zł). Dodatkowe podatki oraz cięcia, które Ateny przyjmują w 2011 r., zmniejszą dochód netto przeciętnego gospodarstwa domowego o ok. 14 proc.
Wynajem mieszkania w szeroko pojętym centrum Aten (60 m kw) to ok. 350 euro miesięcznie (1,54 tys. zł). Jeśli ma niższy standard lub jest w peryferyjnych dzielnicach – ok. 280 euro miesięcznie (1,23 tys. zł). Prywatna wizyta u zwykłego lekarza to 50 euro (220 zł), a męski fryzjer za zwykłe obcięcie bierze ok. 15 euro (65 zł). Kebab z budki sprzedawany do ręki (bez korzystania ze stolika) to ok. 3,8 euro (16 zł), a bilet na metro kosztuje 1,4 euro (6,1 zł). Drink w zwykłym barze – 8 euro (35 zł).
Kilogram cukru kosztuje 1 euro (4,4 zł), średnie kurczę na targu – 4 euro (17 zł, pakowane są droższe), bochenek chleba – 1,5 euro (5,8 zł), a litr mleka – 1,1 euro (4,8 zł).
Sektor publiczny zatrudnia dziś blisko 700 tys. osób na ponad 4,03 mln pracujących Greków. Bezrobotnych w sierpniu było 907 tys. Kraj liczy 11,2 mln mieszkańców. Dla porównania w naszym kraju pracuje 8,5 mln osób (w tym 3,16 mln w sektorze publicznym), bezrobotnych jest 1,88 mln, a Polaków – 38,2 mln.
wyborcza.pl
http://wyborcza.pl/1,75477,10631381,Grecka_ulica_walczy_z_systemem.html?as=1&startsz=x
