Chile: Dwudniowy strajk generalny – 36 osób rannych, 348 zatrzymanych

36 osób zostało rannych, a 348 zatrzymała policja w pierwszym dniu strajku, który zorganizowali chilijscy studenci, związkowcy i politycy opozycji. Dwudniowy, ogólnonarodowy strajk, którego celem jest wymuszenie zmian w składzie rządu zaczął się w środę.

Ulice Santiago wypełniły się dymem z płonących opon, które posłużyły do budowy barykad i gazem łzawiącym – pisze agencja AP. Uczestnicy protestu planowali marsz ku centrum miasta, ale rząd tego zabronił, powołując się na surowe prawo przeciw tego rodzaju „burzeniu porządku publicznego”. Ludzie zaczęli więc obrzucać autobusy kamieniami i podpalać barykady.

19 policjantów i 17 manifestantów zostało rannych. Nikt nie jest jednak poważnie zraniony – poinformował rzecznik rządu Andres Chadwick. Podkreślił on też, że z punktu widzenia rządu strajk jest „bezzasadny” i „nie zdołał osiągnąć celu, czyli sparaliżować kraju”.

Do starć z policją doszło głównie w Santiago, gdzie użyła ona armatek wodnych i gazu łzawiącego, by rozproszyć tłum. Nieliczni manifestanci z zamaskowanymi twarzami rzucali kamieniami w autobusy, których kierowcy odmówili udziału w powszechnym strajku. Inni palili opony, a najbardziej pokojowo usposobieni uczestnicy strajku tłukli w garnki i patelnie przed budynkami władz miejskich w stolicy. Wojsko wysłało na ulice Santiago czołgi. Strajk objął też inne miasta Chile.

Protest społeczny zwrócony jest przeciw rządom Sebastiana Pinery – najbardziej niepopularnego prezydenta Chile od czasów reżimu Augusto Pinocheta – pisze Reuters.

Rząd poinformował, że strajk ten może kosztować Chile około 400 mln dolarów, ze względu na wstrzymanie produkcji. Ponadto, według komunikatu władz, 95 proc. pracowników sektora publicznego zignorowało nawoływania do udziału w strajku. Nie potwierdzają tego związki zawodowe.

Nie przerwano pracy w wielu kopalniach miedzi, ale w niektórych strajkowano juz wcześniej. Chile jest największym na świecie producentem tego miedzi.

Przewidziany na środę i czwartek protest, to pierwszy 48-godzinny strajk od czasu dyktatorskich rządów Augusto Pinocheta (1973 -1990).

Chilijczycy uważają, że mimo szybkiego wzrostu gospodarczego kraju (6,6 proc. w tym roku), ich sytuacja nie ulega poprawie. Zmiany personalne w gabinecie Pinery przeprowadzone w zeszłym miesiącu nie poprawiły fatalnych notowań prezydenta i nie uspokoiły opinii publicznej.

Niepokoje w Chile trwają od tygodni. Wcześniej strajkowali studenci. Na początku sierpnia ponad 60 tys. osób przeszło ulicami Santiago, domagając się reformy szkolnictwa. Była to dziewiąta w ciągu trzech miesięcy demonstracja zorganizowana przez studentów. Doszło do sporadycznych starć i zatrzymano kilka osób.

Źródło: onet.pl

Setki tysięcy Chilijczyków strajkuje, manifestuje i żąda radykalnej odnowy kraju. Chcą więcej równości społecznej i zwiększenia roli państwa w ustroju odziedziczonym po dyktaturze Pinocheta.

Drugi dzień trwał w czwartek strajk generalny zwołany przez związki zawodowe, studentów, nauczycieli akademickich i poparty przez centrolewicową opozycję. Protest wymierzony jest w prawicowy rząd prezydenta Sebastiana Pinery oraz liberalny model społeczeństwa i gospodarki odziedziczony przez demokratyczne Chile po dyktaturze gen. Augusto Pinocheta (1973-1989).

Chilijczycy buntują się, choć ich gospodarka świetnie się rozwija, a kraj uchodzi za najbardziej praworządne i najlepiej urządzone państwo Ameryki Łacińskiej. W tym roku PKB wzrośnie o 6,6 proc.

W pierwszym dniu manifestacji w Santiago de Chile i innych miastach doszło do starć z policją i karabinierami. Bijący w garnki ludzie budowali barykady, obrzucali policję kamieniami i płonącymi szmatami. Kilkaset osób zostało zatrzymanych, kilku karabinierów jest rannych, spłonęło wiele samochodów. „Chile musi się zmienić” – głosiły transparenty.

Dwudniowy strajk jest niespodziewaną kulminacją protestów, które trzy miesiące temu rozpoczęło ponad ćwierć miliona studentów domagających się powszechnej, publicznej, bezpłatnej i dobrej edukacji gwarantowanej konstytucyjnie. Bezpłatnej, czyli w pełni finansowanej przez państwo.

Obecny system został ustanowiony w latach 80. przez juntę. Opiera się na drogich i dobrych prywatnych uczelniach oraz biednych i kiepskich uczelniach publicznych finansowanych przez samorządy i rodziny, które zadłużają się na długie lata, by wykształcić dzieci. Państwo szkół wyższych prawie nie finansuje.

Postulaty studentów poparli profesorowie i – jak wynika z badań – 80 proc. obywateli. Ponieważ rząd obiecuje tylko niewielkie zmiany, protest przekształcił w ruch sprzeciwu wobec liberalnego modelu społeczeństwa, który odzyskana w 1990 r. demokracja przejęła po juncie.

I teraz Chilijczycy żądają już nie tylko reformy edukacji, lecz także nowej konstytucji (obecna pochodzi z czasów Pinocheta), ustanowienia instytucji referendum, reformy systemu emerytalnego opartego na prywatnych funduszach, systemu opieki zdrowotnej w dużej mierze finansowanego przez pacjentów oraz zmian w kodeksie pracy faworyzującym przedsiębiorców.

Żądania te popiera koalicja socjalistów, demokratów i chadeków, która rządziła przez 20 lat po odejściu Pinocheta. Chociaż tamta koalicja złagodziła model gospodarki, gdy związki zawodowe były nielegalne, a negocjacje zbiorowe niemożliwe, to jednak radykalnie go nie zmieniła.

Zdaje sobie sprawę, że bunt bije w nią samą, ale ukrywa to za krytyką prawicy. Zarzuca rządowi, że stara się traktować protesty i niezadowolenie społeczne jako przejawy przestępczości, dzieło agitatorów i chuliganów. I wzywa władze, by słuchały nie tylko biznesmenów, lecz także robotników, pracowników i studentów.

Przez ostatnie 20 lat Chile kwitło. Gospodarka rosła średnio w tempie 6-7 proc. Przyciągała mnóstwo inwestycji zagranicznych. Chile zarabiało też krocie na eksporcie miedzi – jest największym światowym producentem tego surowca.

Chilijczycy nie chcą, by korzyści z boomu gospodarczego spływały wyłącznie na bogatych przedsiębiorców i kapitał zagraniczny. Żądają, by państwo wyrównywało ogromne nierówności materialne odziedziczone po dyktaturze.

Prezydent Pinera, najbogatszy Chilijczyk, jeszcze tydzień temu sprzeciwiał się darmowej edukacji publicznej: – Wszyscy by chcieli edukacji za darmo, ale w życiu nic nie jest za darmo, bo ktoś musi zapłacić – powiedział.

Dziś zmienia język: – Wiemy, że kraj ma duży dług u obywateli i wiele problemów, z których część wlecze się od dziesięcioleci. Mój rząd zdaje sobie z tego sprawę lepiej niż ktokolwiek inny.

wyborcza.pl





Dyskusja