Kolejne informacje i komentarze nt. rozruchów w Londynie

Londyn: Walki uliczne, płonące radiowozy, plądrowane sklepy

W Londynie trwają największe zamieszki od wielu lat. Poniedziałek 8 sierpnia był trzecim dniem napiętej atmosfery w mieście. Dochodziło do ostrych starć między policją a mieszkańcami osiedli socjalnych w północnym, wschodnim i południowym Londynie. „London Burning” (Londyn Płonie) – krzyczał nagłówek na pierwszej stronie poniedziałkowego wydania dziennika Daily Mirror nawiązując do tytułu słynnej piosenki londyńskiego zespołu The Clash w której mowa o czarnych zamieszkach w Londynie na początku lat 80-tych.

Przypomnijmy, że w sobotę 6 sierpnia mieszkańcy osiedla socjalnego Broadwater Farm w dzielnicy Tottenham zorganizowali spontaniczną demonstrację w proteście przeciwko brutalności policji, której ostatnią ofiarą padł 29-letni Mark Duggan. W czwartek zastrzelili go policjanci ze specjalnego oddziału policji. Pierwsze informacje przedstawione przez policję mówiły o tym, że policjanci zostali zaatakowani przez jadącego w taksówce Marka Duggana, który rzekomo oddał w ich kierunku strzał. Świadczyć miała o tym kula, która utkwiła w krótkofalówce jednego z funkcjonariuszy. Podchwyciły to natychmiast wszystkie media z prawicowymi brukowcami na czele. Ale już w poniedziałek dziennik The Guardian opublikował informacje z których wynika, że kula znaleziona w krótkofalówce została wystrzelona z pistoletu należącego do policji. Jeśli to prawda, to znaczy, że Mark Duggan nie strzelał i został zabity bez powodu. Specjalne dochodzenie prowadzi wydział wewnętrzny policji – IPCC.

Sobotnia demonstracja początkowo przebiegała spokojnie. Ludzie zgromadzili się na schodach komisariatu policji, żeby wyrazić swoje pretensje i domagać się od policji prawdy. Gdy jedna z kobiet podeszła do policjantów domagając się wyjaśnień, została rzucona na ziemię. To rozsierdziło zebranych, do których dołączyła okoliczna młodzież z innych osiedli. Doszło do regularnej bitwy z policją. W trakcie walk część z uczestników rzucała w policję cegłami, podpaliła radiowozy i autobus. Zaatakowano, obrabowano i spalono kilkanaście sklepów. Walki trwały do późnych godzin nocnych. Rannych zostało kilkudziesięciu policjantów a kilkudziesięciu uczestników starć aresztowano. W niedzielę sytuacja uspokoiła się na Tottenham, ale zamieszki przeniosły się do dzielnic Enfield na północy miasta, Brixton na południu, Walthamstow na wschód od Tottenham i dzielnicy Islington. Młodzi ludzie z ubogich osiedli napadali i rabowali sklepy z żywnością, odzieżą sportową i sprzętem elektronicznym. Obrabowano między innymi supermarkety Tesco, Currys, Aldi i sieciowe sklepy sportowe. W wielu sklepach podłożono ogień. Do aktów przemocy dochodziło w nocy z niedzieli na poniedziałek i w poniedziałek rano. We wczesnych godzinach rannych w poniedziałek, grupy młodych ludzi zaatakowały też sklepy w samym sercu Londynu w okolicach Oxford Circus. W poniedziałek po południu do walk między młodzieżą a policją doszło też w dzielnicy Hackney.

Zabicie Marka Duggana było bezpośrednim powodem erupcji gniewu na Tottenham, ale problemy społeczne gromadziły się tam od dłuższego czasu. Tottenham ma najwyższy wskaźnik bezrobocia w Londynie. W ostatnim czasie na skutek rządowych cięć w wydatkach na cele społeczne, zamknięto w tej okolicy kilka młodzieżowych domów kultury, które były jednym z niewielu miejsc, gdzie młodzież mogła znaleźć zajęcie w wolnym czasie. Brak zajęć, bieda i poczucie wykluczenia sprawiają, ze młodzież organizuje się w gangi zaspokajając tym samym potrzebę przynależności do grupy. Podobna sytuacja jest w innych gettach Londynu. Dzielnice w których obserwujemy obecnie akty przemocy są dotknięte nędzą i bezrobociem.

Zamieszkująca te dzielnice młodzież, w dużej części czarnoskóra lub pochodzenia azjatyckiego, jest dodatkowo dyskryminowana na rynku pracy ze względu na swój kolor skóry i pochodzenie społeczne, co jest źródłem frustracji i poczucie braku perspektyw. Młodzi ludzie z tych dzielnic często padają ofiarą nadużyć i przemocy ze strony policji. W opinii mieszkańców Tottenham, najbardziej charakterystycznym widokiem w tej dzielnicy jest biały policjant rewidujący czarnoskórą młodzież. Według danych samego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Home Office), ludność czarnoskóra jest zatrzymywana i poddawana ulicznym rewizjom sześć razy częściej niż biali, ludność pochodzenia azjatyckiego dwa razy częściej. Dodać należy, że jedynie około 11 procent osób zatrzymanych zostaje aresztowanych a liczba skazanych przez sądy spośród tych zatrzymanych jest jeszcze mniejsza. Pokazuje to, że uprawnienia policji do zatrzymań i rewizji są wyjątkowo nadużywane.

Takie traktowanie mniejszości nie jest w Wielkiej Brytanii nowością. W latach siedemdziesiątych policja otrzymała od rządu nowe uprawnienia, między innymi prawo do zatrzymania na ulicy każdego, kto zdaniem policjantów wyglądał na „podejrzanego”. Zbiór uprawnień znany był jako „sus” od słowa „suspect” (podejrzany). Według zebranych statystyk, aż 44 procent ludzi zatrzymanych przez policję w Londynie na mocy tego prawa to była ludność pochodzenia afro-karaibskiego. A cała ludność pochodzenia afro-karaibskiego w owym czasie szacowana była na ok. 6 procent mieszkańców Londynu. Rasizm i nadużycia policyjne doprowadziły do wybuchu największych zamieszek w historii Wielkiej Brytanii, między innymi w dzielnicy Brixton w 1981 roku i na osiedlu Broadwater Farm w dzielnicy Tottenham w 1985 roku, w tym samym miejscu, gdzie rozpoczęły się w ostatnią sobotę. Choć zamieszki zostały stanowczo stłumione przez policję, ich pozytywnym skutkiem było wprowadzenie ograniczeń w uprawnieniach policji, co ograniczało nękanie kolorowej młodzieży bez powodu. W ostatnich latach histeria związana z „wojną z terroryzmem” doprowadziła do uzbrojenia policji w kolejne przywileje i do kolejnej fali nadużyć, przypadków nękania a także ofiar śmiertelnych w trakcie policyjnych akcji.

Zamieszki, które obserwujemy w Londynie są wyrazem głębokiej frustracji i poczucia bycia na marginesie społeczeństwa. Jest to swoisty protest przeciwko temu w jaki sposób jest się traktowanym przez policję i państwo. Jest to protest przeciwko rasizmowi i nędzy.

Bartłomiej Zindulski / Lewica.pl


Rosnący gniew Brytyjczyków znalazł ujście wczorajszej nocy

Burzliwe wydarzenia zeszłej nocy, w północnej części Londynu, przez media głównego nurtu przypisywane są złości młodych ludzi, powstałej po zastrzeleniu przez policję lokalnego mieszkańca. W pierwszej kolejności podkreślane jest to, że był to groźny i uzbrojony przestępca, który stawiał opór przy zatrzymaniu, po czym wdał się w strzelaninę. Czy tak było w rzeczywistości, tego stwierdzić w tej chwili nie sposób, gdyż policja odmawia udzielenia szerszych informacji.

Odnośnie eskalacji zamieszek i niespotykanego ostatnimi laty w Anglii wybuchu agresji, nie brakuje opinii bardziej dosadnych i tendencyjnych, mówiących o tym, że grupy młodocianych, ulicznych przestępców (co jest silnie zaznaczane- ze środowisk imigranckich), wykorzystały sytuację do bezsensownej walki z policją i plądrowania sklepów dla czystej przyjemności, czy chęci wzbogacenia się. Kilkaset przepełnionych furią osób atakowało policyjne oddziały, podpalało radiowozy, sklepy, niszczyło witryny centrów handlowych i banków.

Rozmowy przeprowadzane z mieszkańcami m.in. dzielnicy Tottenham, w dzień po ulicznych starciach przedstawiają sytuację w zgoła innym świetle niż medialni żurnaliści. Wielu z mieszkańców, gromadzących się od wczesnych godzin rannych w miejscu starć, ogląda zniszczenia i głośno daje wyraz swojej dezaprobacie w kierunku działań rządu i policji. Pytani mieszkańcy opowiadali o długo narastającej frustracji wobec niestabilnej sytuacji gospodarczej, rosnącej fali cięć pomocy socjalnych, wzrostu cen wielu usług publicznych, w tym m.in. transportu, czy zmniejszaniu subwencji na edukację publiczną, by powstrzymać narastający deficyt budżetowy.

Równie często wymienianym powodem eskalacji przemocy jest narastający konflikt między, licznymi w tej części miasta, mniejszościami etnicznymi a policją, która wg relacji mieszkańców traktuje ich niesprawiedliwie i przedmiotowo.

Bezrobotny tubylec, 40-letni Scott Allen powiedział, że obawiał się podobnego wybuchu niezadowolenia w innych mniej zamożnych częściach miasta. Twierdzi, że napięcia wśród niższych warstw społecznych w ubogich partiach Londynu, budowane są przez rządową politykę cięcia wydatków kosztem najbiedniejszych.

Do zamieszek doszło niespełna rok przed przyszłorocznymi igrzyskami olimpijskimi, których obstawę musi na swoje barki wziąć Metropolitan Police. Allen powiedział, że zaniedbane i zniszczone dzielnice, takie jak Tottenham, nie ujrzą korzyści w zamian za miliardy funtów wydanych na organizację igrzysk, co również budzi gniew mieszkańców. „W ciągu kilku ostatnich tygodni wszystko kręci się wokół Olimpiady, tego ile rzekomo miasto na niej zyska i jaką uzyskamy z tego tytułu spuściznę. Cóż, ta spuścizna już tu jest” – powiedział, nawiązując do zniszczonych po nocnych zamieszkach ulic.

Dzielnica Tottenham została masowo dotknięta gwałtownymi i ostrymi cięciami wydatków, zarządzonymi przez 15-miesięczny koalicyjny rząd, aby doprowadzić do stanu równowagi bilans miejskich ksiąg rachunkowych. Zmniejszono drastycznie środki na usługi dla młodzieży, a zwalnianie pracowników sektora publicznego, z których wielu mieszka właśnie w dzielnicach jak Tottenham, spowodowało tu znaczny wzrost bezrobocia.
Zeszło nocne zamieszki były poprzedzone wybuchami przemocy w roku ubiegłym, gdy w Londynie miały miejsce protesty przeciwko „polityce zaciskania pasa”.

26-letni czarnoskóry mężczyzna, który ukrył się pod imieniem Jason powiedział, że tego typu działania, przemoc, agresja wobec sił porządkowych, niszczenie mienia to „wołanie o pomoc” i próba zwrócenia na siebie uwagi przez osoby, które są bezsilne wobec swojej sytuacji. „Nie mam pracy, żadnych perspektyw, nie mam nic. Nikt nie chce nam pomóc. Potem są zdziwieni, że na ulicach rodzi się przemoc”- powiedział wzburzony Jason dodając, że bezrobotny pozostaje od momentu ukończenia szkoły.

„To jest getto, slumsy, nikt się nie przejmuje naszym losem. Zostałem zatrzymany przed moim domem przez policję bez żadnego powodu. To się często powtarza. Nie ma pracy…. Ale wciąż obcinają kolejne pomoce socjalne, jesteśmy pozostawieni na pastwę losu. Wielu ludzi w dzielnicach jak ta, nie ma za co żyć. Mamy tego wszyscy dosyć.”

Tubylcy często wspominają, że społeczny gniew narasta od dłuższego czasu, podsycany natrętnymi wizytami policji, która skupia się na nękaniu osób pochodzących z mniejszości etnicznych.
„Tak wiele możliwości zostało odebranych ludziom z warstwy robotniczej i wszystko zmierza ku temu, że proces ten będzie się pogłębiał, coraz bardziej dotykając mniejszości narodowe”- mówi 28-letnia matka dwójki dzieci, przedstawiająca się jako Diana X.

Ciężko by na bazie tych opinii usprawiedliwiać grabieże w okolicznych sklepach. Zaznaczmy jednak, że większość uczestników zamieszek skupiło się na dewastacji lokali należących do wielkich korporacji, znanych marek oraz banków, chcąc być może w jakiś sposób wyładować swoją złość i frustrację, negatywne uczucia jakimi darzą korporacje i koncerny skupiające w swoich rękach ogromny kapitał. Wszak błyszczące, stylowe wnętrza tych lokali stanowią głęboki kontrast dla biednych, obskurnych dzielnic imigrantów. W parku handlowym Tottenham Hale zniszczone zostały przede wszystkim sklepy wielkich, globalnych marek.

Jaromir / cia.media.pl

Dyskusja