Laurent Bonelli – Na urwistych ścieżkach walki zbrojnej

freiheitfinalKomentarz GwO: Jest coś nieznośnie irytującego w tym, że prawie każda analiza na temat europejskiej partyzantki miejskiej zaczyna się lub kończy próbą moralnego potępienia czynów zbrojnych, najczęściej poprzez odwołanie się do słów jakiegoś skruszonego, byłego bojownika, jak np. cytowany poniżej Sergio Segia. Efekt jest zawsze taki sam: czytelnik odnosi wrażenie, że partyzantka miejska musiała być ślepą uliczką, skoro nawet sami jej uczestnicy dystansują się do własnej przeszłości. W stosowaniu tego rodzaju zabiegów jest jednak coś głęboko fałszywego, co w gruncie rzeczy skrywa polityczną stronniczość ich autorów. Przemilczany zostaje bowiem głos tych, którzy nie wyrzekli się własnych działań i ich spuścizny. A takich partyzantów nie brakuje. Ich głos poddawany jest jednak sądowej cenzurze.

Gdy Jean Marc-Rouillan, założyciel i bojownik francuskiej Akcji Bezpośredniej,  opuścił warunkowo więzienie w 2007 r. powiedział dziennikarzowi L’Express: „Nie wolno mi mówić o przeszłości, jednak prosty fakt takiego zakazu jest odpowiedzią samą w sobie. Gdybym chciał okazać skruchę lub napluć na naszą przeszłość, z pewnością przywróciliby mi prawo głosu”. Za te słowa sąd uwięził go na kolejne dwa lata, brutalnie podkreślając zakaz publicznych wypowiedzi na temat politycznej przeszłości. Rouillan ostatecznie wyszedł w maju 2012 r. jednak w okresie uwięzienia opublikował kilka listów. W jednym z nich tak skomentował swoje położenie:

„Dwa lata więzienia z powodu kilku słów. Ja, który w Maju’68 wybrałem rewolucyjne działanie zbrojne, zostałem uwięziony tu, po raz kolejny, w wieku 58 lat, po prostu za mówienie. Co za ironia! Urzędnicy antyterroryzmu uzasadniają w ten sposób wybór jakiego dokonałem jako nastolatek, gdy, jak tysiące innych na terenie całej Europy, zdałem sobie sprawę, z niemożliwości działań rewolucyjnych w obrębie granic polityki burżuazyjnej. Wydaje się, że ten system nie pozwoli nam wypowiadać się swobodnie, chyba, że będziemy bezmyślnie powtarzać oświadczenia naszych władców. (…)

Nigdy nie wyrzekłem się swojego udziału w naszym bojowym doświadczeniu i biorę pełną, polityczną odpowiedzialność za nasze minione działania. (…)

Pozwólcie, że okażę swoją wdzięczność cytując poetę Heinricha Heinego: ” „Nienawiść moich wrogów służyć może za znak, poświadczający, że wypełniałem ten obowiązek, prawdziwie i z honorem. Dzięki niej zawsze będę widział siebie samego jako człowieka godnego.”

Warto sięgnąć również do interesującego dokumentu „Notatka na temat aktualnej sytuacji, napisana przez tych, którzy w różnych okresach należeli do RAF” opublikowanego w maju 2010 r. Dawni bojownicy komentują w nim aktualne wysiłki państwa, które w dalszym ciągu stara się wydrzeć Frakcji jej dawne tajemnice, związane między innymi z zabójstwem prokuratora generalnego Siegfrieda Bubacka i ex-esesmana, przemysłowca Hansa Martina Schleyera. Podstarzałym ex-rafowcom, którzy dopiero co wyszli z więzień po odsiedzeniu długich 25-letnich wyroków, grozi się ponownym zamknięciem, jeśli nie zaczną sypać na swoich towarzyszy. Mimo gróźb i nacisków, weterani podziemnej walki milczą, a w swoim dokumencie napisali:

„Wszystko, o co tak naprawdę chodzi to sprowadzenie debaty o historii walki zbrojnej do zwykłego poziomu morderstwa i przemocy. Poziomu gdzie kontekst ulega rozpadowi i zajmuje się sprawą już tylko na poziomie kryminalistyki, tak, że rozwinięciu nie może ulec żadna przestrzeń w ramach której można by pozwolić sobie na rozważania inne niż te narzucone z góry.”

(…)

„Oczekuje się od nas, że „zmierzymy się z historią”, na jakichkolwiek warunkach, byle nie naszych. My jednak „wytyczamy granicę”, której nikt więcej nie jest gotowy przekroczyć i której założenia nie podlegają żadnym negocjacjom. Chodzi tu po raz kolejny o sprzeciwienie się dominującej próbie pogrzebania faktycznych doświadczeń, próbie zapobiegnięcia prawdziwemu procesowi uczenia się, próbie odizolowania od siebie wzajemnie różnych walk.”

(…)

„Żadne z nas nie zeznaje, nie dlatego, że łączy nas jakieś konkretne „porozumienie”, lecz dlatego, że jest to oczywista sprawa dla każdej osoby posiadającej świadomość polityczną. To kwestia godności, tożsamości – strony, którą raz wybraliśmy.”

Wśród dawnych bojowników, którzy nadal starają się kontynuować dorobek swojego życia, przerzucając nić własnego doświadczenia ponad kilkoma dekadami politycznej zapaści, jaka oddziela teraźniejszość od czasu Rewolty’68, możemy wskazać osoby, które wzięły udział w konferencji „Spotkanie na rzecz walki i rewolucji”, jaka odbyła się w dniach 7-8 lipca 2012 r. na ateńskim Uniwersytecie Pandio. Wzięli w niej udział m.in tacy weterani jak: Brigitte Asdonk (Frakcja Czerwonej Armii) i Andreas Vogel ( Ruch 2 Czerwca) oraz Bertrand Sassoye (Walczące Komórki Komunistyczne).

Powyższe przykłady można by mnożyć. Wszystkie one co najmniej komplikują oficjalną wersję na temat „błędów przeszłości”, rozpowszechnianą przez liberalny mainstream i oficjalny sposób myślenia. Oczywiście prawdą jest, że część działaczy odcięła się od walki zbrojnej. Działo się to jednak z różnych przyczyn, niekoniecznie moralnych, czasem chodziło o samokrytykę strategii partyzanckiej jako „nieskutecznej i chybionej”. Tego rodzaju różnice i wolty światopoglądowe nie są jednak niczym nadzwyczajnym, znajdziemy je w każdym obozie politycznym, od polityki parlamentarnej, przez ruchy pokojowe po grupy podziemne.  Ważne jest by zdawać sobie sprawę, że tradycja zbrojna nie stała się niechcianą, odrzuconą przez wszystkich polityczną sierotą i wciąż posiada swoich kontynuatorów, a część z jej ojców, nadal troszczy się o jej przyszłość.

                                                                        *     *     *

Laurent Bonelli 

Na urwistych ścieżkach walki zbrojnej

 

s_g32_RTR2ZRHJPo zamachach z 11 września 2001 r. priorytetem strategicznym mocarstw zachodnich stała się „wojna z terroryzmem”, choć wcale nie wiadomo, co obejmuje ten termin. Co bowiem moją z sobą wspólnego lewicowo-radykalne grupy zbrojne, które działały w kilku krajach zachodnioeuropejskich w latach 70., siatki terrorystyczne Al-Kaidy i zbrojne ruchy niepodległościowe? Relacje działaczy tych wszystkich ruchów rzucają światło na logikę przemocy politycznej.

„Dziś w każdym zabitym widzę osobę, jednostkę. Noszę w sobie te wszystkie ofiary, nawet pośrednie, bo jestem jednym z tych, którzy proponowali i wydawali wyroki, o nich decydowali. Ponoszę odpowiedzialność sądową, polityczną i moralną. Biorę na siebie każdą z nich.” Tak kończy się La Prima Linea, film, którego fabułę zainspirowała autobiografia Sergia Segia, jednego z założycieli podziemnej organizacji włoskiej Pierwsza Linia, zaangażowanej pod koniec lat 70. w walkę zbrojną [1]. Sergio wyszedł na wolność w 2004 r., bo odbyciu kary 22 lat więzienia. Dodaje: „Wydawało nam się, że mamy rację, a tymczasem błądziliśmy. Wtedy jednak o tym nie wiedzieliśmy.” Sfilmowano również dzieje niemieckiej Frakcji Armii Czerwonej (RAF), francuskiej Akcji Bezpośredniej (AD), Japońskiej Armii Czerwonej i Ilicha Ramireza Sancheza – osławionego „Carlosa” [2]. Różne wydawnictwa publikują wspomnienia dawnych bojowców. Nawet wysokonakładowa prasa już nie krzywi się na artykuły, w których autorzy zastanawiają się nad ich przeszłością. To trochę tak, jakby ich dzisiejsze, nieraz krytyczne oceny własnego doświadczenia i długie lata spędzone w więzieniu dopuszczały wobec nich pewną – dawniej potępianą – empatię.

Nie wszyscy podzielają tę większą obecnie wyrozumiałość. We Włoszech liczne środowiska dały wyraz swojemu oburzeniu na wiadomość, że w Brazylii Lula zakończył swoją prezydenturę odmową ekstradycji Cesare Battistiego, byłego członka Zbrojnych Proletariuszy na rzecz Komunizmu (PAC), skazanego zaocznie na dożywotnie więzienie. We Francji cofnięcie Jean-Marcowi Rouillanowi, jednemu z założycieli Akcji Bezpośredniej, częściowego zwolnienia z więzienia po wywiadzie, którego udzielił w 2008 r., jak również wypowiedzi ministra spraw wewnętrznych – i jego utytułowanych „ekspertów” – dające wyraz niepokojowi spowodowanemu przez powrót „ultralewicy”, świadczą, że nie wszystkie rany się zabliźniły.

Ten wzrost zainteresowania jest jednak skromny w porównaniu z zalewem literatury o „terroryzmie islamistycznym”, który skupia na sobie uwagę w przytłaczającej większości dyskusji o przemocy politycznej. W 2007 r. Andrew Silke, kierownik terrorism studies na Uniwersytecie Wschodniego Londynu, stwierdził, że po zamachach z 11 września 2001 r. nowa książka na ten temat ukazywała się w świecie anglosaskim co sześć godzin [3]. Obok setek artykułów i prac akademickich opublikowano masę wyników śledztw dziennikarskich oraz bardziej czy mniej wiarygodnych relacji „skruszonych” radykałów islamistycznych i agentów wywiadu. Większość tej literatury charakteryzuje „nowy terroryzm” w taki sposób, który odróżnia go zupełnie od poprzednich form przemocy politycznej, toteż nikt lub prawie nikt nie próbuje porównywać ich mechanizmów.

Ta lawina papieru rozczarowuje. Silke wskazuje, że 80% badań opiera się jedynie na materiałach z drugiej ręki (na publikacjach książkowych, materiałach prasowych), a tylko 1% na wywiadach, i że z dżihadystami nie przeprowadzono żadnych systematycznych badań [4]. Ten dystans dzielący autorów i „teren” składnia do nadinterpretacji dżihadzkich dyskursów publicznych – tak jakby powody zaangażowania dżihadystów można by wywieść z tego, na co oni sami się powołują. Tymczasem sens konfliktu (nacjonalistycznego, religijnego, klasowego itd.) często ujawnia się retrospektywnie, gdy jakiś jego uczestnik uzyskuje pozycję pozwalającą mówić o nim w sposób wiarygodny. Np. po uzyskaniu przez Algierię niepodległości w dużym stopniu zacierano religijny aspekt wojny wyzwoleńczej narodu algierskiego, a tymczasem okazuje się, że podczas wojny wywiad francuski przypisywał mu zgoła zasadnicze znaczenie [5].

Z wyjątkiem kilku specjalistów zajmujących się problemami społeczeństw muzułmańskich, większość badaczy studiuje radykalizm islamistyczny jako zjawisko samo w sobie i dla siebie, odgradzając je od innych dziedzin nauk społecznych. W nowym przyodziewku odtwarzają oni starą „terrorystologię”, przypominającą dawną „sowietologię”, której wydawało się, że wyjaśnia, co się dzieje w Związku Radzieckim, na podstawie przemówień przywódców rządzącej tam partii oraz ich awansów lub degradacji. Trudności, z jakimi borykają się badacze, wszystkiego nie wyjaśniają. Taki rodzaj analiz należy zestawić z cechami osobistymi badaczy, podobnie jak ze stanowiskami, które zajmują, na stykach świata akademickiego, wywiadu (w którym kiedyś pracowali lub z którym się zadają), publicznymi funkcjami eksperckimi (w rozmaitych komisjach krajowych i międzynarodowych, think-tankach) i mediów. Chodzi im raczej o to, aby zapewnić sobie status doradców przy podejmowaniu decyzji politycznych w obliczu niebezpieczeństwa, które wyolbrzymiają, niż aby śledzić dynamikę konfliktu.

Jeśli chce się zrozumieć „przemoc polityczną”, najpierw trzeba podać w wątpliwość pozorną jedność tego zjawiska. Sporadyczne powiązania między działaczami zbrojnego podziemia włoskiego a francuską Akcją Bezpośrednią czy między niemiecką RAF a działaczami Libańskiej Rewolucyjnej Frakcji Zbrojnej (FARL) wcale nie znaczą, że łączyła ich – jak to mówiło się wówczas – „czerwona nić” (pozwalająca Związkowi Radzieckiemu pociągać za nią i manipulować działalnością tych organizacji) ani że stawiały one sobie takie same cele. Podobnie, absurdalne jest mniemanie, że identyczne motywacje cechują bojowników algierskiego Salafickiego Ugrupowania Prozelicko-Bojowego (dziś Organizacji Al-Kaida w Maghrebie Islamskim) i indonezyjskiej Dżimah Islamija, choć oba te ugrupowania zgodziły się działać pod sztandarem Al-Kaidy.

Podobnie sztuczne byłoby umieszczanie pod jednym szyldem wspomnianych tu ugrupowań liczących po kilkudziesięciu czy kilkuset zradykalizowanych jednostek oraz zmilitaryzowanych organizacji politycznych posiadających silną bazę społeczną i terytorialną w rodzaju Hamasu w Palestynie, Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) w Turcji czy Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC), a przecież te wszystkie organizacje Unia Europejska uważa za terrorystyczne [6].

Niewątpliwie alternatywą w analizie przemocy politycznej jest powiązanie kontekstów, w którym stosuje się przemoc, organizacji, które po nią sięgają, i torów, po których poruszają się działacze tych organizacji [7]. Jeśli tak podejdziemy do sprawy, to okaże się, że „cykle przemocy”, które można było zaobserwować w Europie i Japonii między końcem lat 60. a latami 80. przede wszystkim były skutkiem wysychania ruchów społecznych. Stopniowy odpływ fali tych ruchów skłonił niektórych działaczy do zbrojnej konfrontacji. Podobnie, pojawienie się grup dżihadzkich w latach 90. należy wiązać z niemożnością legalnego zdobycia władzy przez siły polityczne powołujące się na islam (zwłaszcza w Algierii, Egipcie i Arabii Saudyjskiej) [8].

Taka radykalizacja przybiera jednak różne formy. We Włoszech zaszła przede wszystkim w środowisku robotniczym. Pod koniec lat sześćdziesiątych fabrykami (zwłaszcza Pirellim i Siemensem) wstrząsnął gwałtowny wzrost konfliktowości społecznej. Na terenie ogarniętym tą konfliktowością pojawiła się „zbrojna propaganda”. Pierwsze akcje – niszczenie samochodów majstrów czy porwania członków kadry kierowniczej – odzwierciedlały skład społeczny podziemia zbrojnego. Wśród 1337 osób skazanych za przynależność do Czerwonych Brygad (BR) było 70% robotników, pracowników sektora usług i studentów. Obok bezrobotnych i studentów robotnicy stanowili także wysoki odsetek 923 ściganych przez wymiar sprawiedliwości członków Pierwszej Linii. [9]

Działacze Frakcji Armii Czerwonej rekrutowali się raczej spośród studentów i drobnomieszczańskiej inteligencji. Socjolog Norbert Elias wskazuje, jak wiele rozwój niemieckiej opozycji pozaparlamentarnej w końcu lat 60. zawdzięczał „społecznemu konfliktowi pokoleniowemu” – antagonizmowi między młodym, silnie upolitycznionym pokoleniem, które trzymano z dala od „steru odpowiedzialności” politycznej za kraj, a starszym pokoleniem, które dzierżyło ten ster [10].

Jeśli te dwa kraje doświadczyły najbardziej masowych ruchów radykalnych, to również dlatego, że 20 lat po drugiej wojnie światowej o wiele bardziej niż gdzie indziej lękano się w nich nawrotu do rządów faszystowskich czy prawicowej dyktatury. „Po zamachu na Piazza Fontana”, opowiada Mario Moretti, jeden z przywódców Czerwonych Brygad, „jedno wydawało nam się jasne: oni przystępowali do ataku” [11]. Bomba, która 12 grudnia 1969 r. wybuchła w Banku Rolnictwa w Mediolanie, uwiarygodniła groźbę autorytarnej ewolucji reżimu. Potwierdza to również Sergio: „Wyrosłem z myślą, że oni przygotowują zamach stanu, podobnie jak w Grecji i w Chile. I że zabiliby nas. Zresztą już zaczęli zabijać.” Faktycznie, we Włoszech, w latach 1969-1975, zamachy i akty przemocy były przede wszystkim dziełem ugrupowań prawicowych (w 95% w latach 1969-1973, w 85% w 1974 r. i w 78% w 1975) [12]. Zbrojna skrajna lewica wzmogła swoją działalność w późniejszym okresie: prawie 80% zamachów ze skutkiem śmiertelnym, które jej się przypisuje lub do których ona sama się przyznała, dokonano w latach 1978-1982 [13].

W Niemczech młode pokolenia zarzucały osobom zajmującym wówczas stanowiska polityczne, że – bezpośrednio czy pośrednio – ponoszą odpowiedzialność za dojście Hitlera do władzy. Uważały, wyjaśnia Elias, że „skłonność do stosowania przemocy politycznej, która w przypadku Republiki Weimarskiej doprowadziła do utworzenia autokratycznego rządu opartego na sile, na nowo mogłaby dojść do głosu w Republice Bońskiej. (…) Dużą część energii reformatorskiej czy rewolucyjnej czerpały z myśli o tym, że za fasadą wielopartyjnego państwa parlamentarnego czyha już nowy dyktator wraz ze swoimi pułkami, a policja Republiki Federalnej to ich awangarda.” [14]

We Francji sytuacja była odmienna. Niewielu tęskniło tam za reżimem Vichy, a skrajnie prawicowe mobilizacje na rzecz Algierii francuskiej poniosły fiasko. Wspólny program rządowy, podpisany w 1972 r. przez Partię Socjalistyczną (PS), Francuską Partię Komunistyczną (PCF) i Ruch Lewicy Radykalno-Socjalistycznej (MGRS) skanalizował energię reformistyczną, torując jednocześnie drogę możliwościom indywidualnej rekonwersji. Skrajna lewica traciła na siłach w takiej mierze, w jakiej niepewna sytuacja polityczna, którą stworzyły wydarzenia z maja i czerwca 1968 r., zaczęła ustępować miejsca coraz bardziej ustabilizowanej grze politycznej. Związek Komunistów (LC), rozwiązany w czerwcu 1973 r. po ataku na skrajnie prawicowy wiec, występując już pod nową nazwą, jako Związek Rewolucyjnych Komunistów (LCR), zrezygnował z konfrontacji ulicznej i przestawił się na „pracę w fabrykach”. Spowodowało to konsternację wśród tych działaczy, którzy bardziej byli nastawieni na stosowanie przemocy [15].

Z kolei Lewica Proletariacka (GP), zdelegalizowana w 1970 r., w końcu sama rozwiązała się w listopadzie 1973 r., po wahaniach, czy pójść bardziej radykalną drogą, czy nie. Przeżyła je zwłaszcza w chwili, gdy po zastrzeleniu działacza maoistowskiego działacza robotniczego Pierre’a Overneya przez strażnika w zakładach Renault, GP porwała członka kadry kierowniczej tych zakładów Roberta Negrette (uwolniła go po dwóch dniach). W przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się we Włoszech i w Niemczech, we Francji do akcji zbrojnych przystąpiło tylko bardzo niewielkie grono działaczy. Pojawiło się wówczas kilka maoistowskich grup zbrojnych: Brygady Międzynarodowe (BI) przyznawały się w latach 1974-1977 do zamachów na przedstawicieli zagranicznych dyktatur (boliwijskiej, urugwajskiej, hiszpańskiej, irańskiej czy mauretańskiej). Trzony Zbrojne na rzecz Autonomii Ludowej (NAPAP) przeprowadziły w 1977 r. serię akcji przeciwko instytucjom publicznym i wielkim firmom. Najważniejszą z tych akcji było zabójstwo Jeana-Antoine’a Tramoniego, strażnika zakładowego, który zastrzelił Overneya.

Akcja Bezpośrednia powstała w 1979 r. w wyniku zejścia się wspomnianych nurtów z Internacjonalistycznymi Grupami Akcji Rewolucyjnej(GARI) – pod szyldem tym po obu stronach Pirenejów grupa działaczy prowadziła walkę z reżimem frankistowskim. Rouillan najpierw działał wraz z anarchistą Salvadorem Puigiem Antichem, straconym przez dyktaturę hiszpańską w 1974 r., w Iberyjskim Ruchu Wyzwoleńczym (MIL), a następnie w GARI. Opowiada z emfazą: „Kontynuujemy trzy dziesięciolecia walki partyzanckiej, nadal snujemy wątłą nić wiążącą nas z pewną epoką, z armią w łachmanach i espadrylach, z nadzieją, którą proch i ołów wypisują wielką literą.” [16]

Za pośrednictwem takich genealogii przekazuje się moralną legitymację walki zbrojnej i wiedzę techniczną. Organizowanie akcji bojowych, wyrabianie fałszywych papierów, napady na banki, aby uzyskać środki finansowe na działalność podziemną – to wszystko nieraz już „przerabiano”. Sporo broni używanej przez Czerwone Brygady (w tym jeden z pistoletów maszynowych, który zaciął się podczas porwania byłego premiera Aldo Moro…) pochodziło z magazynów, które zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej potajemnie założyli byli partyzanci komunistyczni. W przypadku Akcji Bezpośredniej broń pochodziła od hiszpańskich uchodźców republikańskich. Badając działalność ponadnarodowych dżihadystów należy pamiętać o roli, jaką odegrała walka z armią radziecką w Afganistanie, socjalizując w boju całe pokolenie działaczy i wprowadzając do międzynarodowego obiegu najrozmaitsze środki (broń palną, materiały wybuchowe, pieniądze itd.) i „kompetencje”.

Tymczasem tylko mniejszość spośród działaczy tych wszystkich ruchów wzięła się do dzieła. Zrezygnujmy od razu z prostackich wyjaśnień, zgodnie z którymi stosowanie przemocy to przejaw „osobowości patologicznej” lub „popędu śmierci”. „Terroryści”, wyjaśnia filozof Hélène L’Heuillet, „czy to fanatyczni, czy przez fanatyków zwerbowani, oddają swoje życie na służbę śmierci, ponieważ przynajmniej w chwili zaciągu ulegają nihilistycznej negacji, która stanowi dla nich jedynie obietnicę zniszczenia znienawidzonego świata” [17]. Dziwnie przypomina to formuły pismaków argentyńskiej dyktatury wojskowej, którzy w 1978 r. upatrywali w bojownikach zbrojnego ruchu oporu ludzi „ogarniętych pasją śmierci i przypominających tragicznych herosów” czy ludzi, których „zachowania społeczne ocierają się o umiłowanie śmierci” [18].

Zaangażowanie w przemoc to przede wszystkim sprawa zbiorowa: izolowana jednostka, która wczoraj radykalizowała się w wyniku lektur, a dziś radykalizuje się na forach internetowych, i podejmuje działalność jest niezmiernie rzadkim zjawiskiem. Bardzo dobrze wiedzą o tym służby specjalne, toteż stronią od „teczek” takich osób, bo one donikąd nie prowadzą… Kluczową rolę odgrywa grupa, a przede wszystkim rodzina. W przypadku długotrwałych konfliktów nierzadko spotyka się kilka kolejnych pokoleń zaangażowanych w akcję zbrojną – zarówno wśród baskijskich czy irlandzkich działaczy nacjonalistycznych, jak i np. wśród działaczy sikhowskich, kurdyjskich czy palestyńskich. „Pochodzę z rodziny członków Ruchu Oporu”, opowiada Claude Halfen, działacz Akcji Bezpośredniej. „Moi rodzice utracili obywatelstwo. Uzyskali obywatelstwo po 1927 r. i nagle, w 1941 r., okazało się, że są bezpaństwowcami, ludźmi osaczonymi, zwierzyną łowną. Wyrosłem więc z myślą, że w życiu nadchodzi taka chwila, w której godność polega na tym, że chwyta się za broń przeciwko bezprawnej władzy i stosowanej przez nią przemocy.” [19]. Rodzinna pamięć o walkach, w których brało się udział, niejako zachęca do angażowania się w akty przemocy i je legitymuje.

Przyjaźń również. Więzi solidarności między młodymi ludźmi, którzy wyrośli w tym samym osiedlu, czasami cementują grupę – tak było np. w przypadku Khaleda Kelkala, zamieszanego 1995 r. w zamachy we Francji, lub niektórych grup bojowych organizacji Kraj Basków i Wolność (ETA) w Hiszpanii czy Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA) w Irlandii Północnej. Grupy koleżeńskie również mogą spowodować stopniową radykalizację członków, wytwarzając wspólne dla nich wyobrażenia o świecie. Dawni przyjaciele lub osoby mniej przekonane oddalają się, gdy trzon ulega coraz większemu zespoleniu wokół wspólnych przekonań [20]. To nie propaganda organizacji podziemnych „przyciąga” przyszłych członków. Jak pisze Silke, „jednostki ludzkie nie radykalizują się dzięki wysiłkom werbownika z Al-Kaidy – proces ten przebiega niemal niezależnie od wysiłków podejmowanych przez zawodowych dżihadystów” [21]. Sprawcy zamachów z 7 lipca 2005 r. w Londynie trzymali się raczej z daleka od religii i poprosili przywódców Al-Kaidy o błogosławieństwo dopiero wtedy, gdy przystąpili do realizacji swojego projektu.

Przejście ideologicznie zradykalizowanej grupy do akcji zbrojnej nie jest jednak ani systematyczne, ani nieuchronne. Muszą wystąpić tu dwa inne, często nierozerwalnie splecione z sobą czynniki: akcja represyjna władz publicznych i zaszycie się w podziemiu. Przemoc polityczna niemal nigdy nie jest dziełem jednej grupy aktorów. Jest ona relacyjna: takie samo znaczenie, jak strategia i taktyka organizacji radykalnych, mają reakcje na politykę zagraniczną prowadzoną wobec pewnych krajów, formy wojny, przymusu, a nawet tortury, wzmożone środki nadzoru, kontrole uważane za poniżające czy dyskryminacyjne. Np. w Irlandii Północnej samowolne internowanie przez władze brytyjskie w 1971 r. około 2 tys. osób podejrzewanych o „terroryzm” skłoniło setki młodych robotników-nacjonalistów do zaciągnięcia się do Irlandzkiej Armii Republikańskiej [22].

Krok komplementarny to zejście do podziemia, często spowodowane ucieczką przed siłami porządkowymi po popełnieniu drobnych przestępstw. Teraz chodzi już o totalne zaangażowanie, które oznacza zmianę nazwiska, tożsamości, zerwanie ze wszystkim, co się znało, i ze wszystkimi, których się znało. „W podziemiu”, opowiada Moretti, „przetrwanie zależy od tempa, w jakim człowiek się przemieszcza, nieustannie zmienia tryb życia. W końcu (…), z egzystencjalnego punktu widzenia, człowiek staje się fantomem. Nie dlatego, że staje się nierealny dla samego siebie; koledzy również są jak najbardziej realni, a stosunki z nimi z pewnością są intensywniejsze. Natomiast nie można już istnieć dla innych.” [23] W relacjach żon lub towarzyszek życia niektórych sprawców zamachów z 11 marca 2004 r. w Madrycie wskazuje się na ten stopniowy proces zamykania się grupy, prowadzący aż do zupełnego odsunięcia się nawet od najbliższych [24].

Bezpieczeństwo to centralny element życia podziemnego, które w dużej mierze jest skodyfikowane. W 1975 r., w kryjówce w Pawii, śledczy znaleźli podręcznik pt. Normy bezpieczeństwa i styl pracy. Podano w nim rozkład zajęć regulujący każdy szczegół życia codziennego członków Czerwonych Brygad – wyżywienie, ubiór, korzystanie z telefonu, a nawet stosunki seksualne. W 2006 r. hiszpańska Guardia Civil znalazła podobny podręcznik ETA. Norm tych jednak nie zawsze się przestrzega: częste są aresztowania po miłosnej eskapadzie czy po kontakcie z chorą matką.

Trzeba znaleźć broń, nowe kryjówki, wyrobić fałszywe papiery, napełnić kasy – szczególnie napadając na banki – oraz przeprowadzić obserwację, przygotowując się do operacji, a nieraz zacząć wszystko od nowa po fali aresztowań: potrzeba chwili bierze górę nad strategią. Do takiego stopnia, że pewne decyzje taktyczne mogą wydawać się niezrozumiałe nawet dla najbliższych sympatyków. Niekoniecznie należy dopatrywać się w nich manipulacji ze strony służb specjalnych, co nieraz się czyni – choć, rzecz jasna, takie manipulacje mogą mieć miejsce. „Nie wystarczyło uznać, że znajdujemy się w matni, aby wiedzieć, dokąd pójść”, opowiada Moretti. Po pierwsze dlatego, że doświadczenie podziemia sprawia, iż trudno jest pozostawić uwięzionych członków organizacji na łasce losu. Czy to lojalność, czy konieczność wymaga planowania ataków na więzienia (np. atak działaczy Pierwszej Linii na więzienie w Rovigo w styczniu 1982 r.), brania zakładników (tak jak w ambasadzie Niemiec Zachodnich w Sztokholmie w 1975 r., w toku akcji przeprowadzonej przez Frakcję Armii Czerwonej) czy porywania osobistości (porwanie Moro przez BR, Hansa Martina Schleyera, przewodniczącego niemieckiej konfederacji pracodawców, przez RAF). Kontynuacja walki zbrojnej okazuje się również sposobem na złagodzenie warunków więziennych, o czym mogła przekonać się ETA.

Tymczasem logika funkcjonowania i wymogi bezpieczeństwa skazują podziemie na selektywny werbunek, nie pozwalający na osiągnięcie masy krytycznej, która być może pozwalałaby stworzyć układ sił wystarczający do wymuszenia przetargów politycznych z władzami. „Jeśli nie dokonacie wyłomu na nieprzyjacielskim froncie, to wasz dyskurs pozostanie martwą literą”, stwierdza Moretti. „Jakie znaczenia miała nasza strategia, jeśli nie można było liczyć na permanentne rokowania taktyczne, tu coś wymuszając, tam coś negocjując, uzyskując coś dla tych, których reprezentowaliśmy?” Ucieczka do przodu i zaostrzenie działań, czy to polegające na represjach wobec sił porządkowych, czy też na atakach na wysokich przedstawicieli władz państwowych, sprzyjają demonizacji podziemia i dystansują je od ruchów społecznych, na których wsparcie liczyły. Z kolei takie działania na ogół uzasadniają nową eskalację represji pod postacią ustaw wyjątkowych, a działaczom często pozostaje tylko ucieczka, więzienie lub śmierć.

Małe ugrupowania zbrojne są zdolne do uderzeń w państwo – w jego personel lub symbole – ale nigdy nie udaje im się zachwiać państwem – nawet wtedy, gdy wysoko podnosi się poprzeczkę morderczej przemocy, jak podczas zamachów z 11 września 2001 r. Podobnie jak w przypadku „propagandy czynem”, której pod koniec XIX w. hołdowali anarchiści, atak na przedstawicieli władzy państwowej może uzyskać poparcie w dość szerokich środowiskach społecznych, ale nie powoduje włączenia się tych środowisk do walki. Rozpętuje natomiast bezlitosne represje – zupełnie nieporównywalne z represjami, jakie za równoważne czyny godzą w przestępczość pospolitą.

„Wielu z nas myślało, że można liczyć na zryw, do którego jednak w końcu nie doszło. Nasza hipoteza się nie sprawdziła. To jasne”, mówi Joëlle Aubron, działaczka Akcji Bezpośredniej, która z powodu bardzo złego stanu zdrowia wyszła na wolność w 2004 r. „Mimo wszystko niczego się nie wyrzekam – choćby dlatego, że takie wyrzeczenie za bardzo usiłowano na nas wymusić warunkami, w których nas więziono.” [25]

tłum. Zbigniew Marcin Kowalewski

www.internacjonalista.pl

 

Artykuł ukazał się w „Le Monde diplomatique – Edycja polska”, grudzień 2011 r.

Ilustracja na początku tekstu przedstawia plakat „Wolność dla wszystkich uwięzionych” wykonany przez Holgera Meinsa, uwięzionego bojownika RAF, który zmarł w wyniku strajku głodowego w 1974 roku.

Przypisy:

[1] Film La Prima Linea w reżyserii R. de Marii (2009), na podstawie książki S. Segio, Miccia corta: Una storia di Prima Linea, Rzym, Derive Approdi 2005.

[2] Filmy Der Baader Meinhof Komplex w reżyserii U. Edela (2008), Ni vieux ni traîtres P. Carlesa (2005), Carlos O. Assayasa (2010) i United Red Army K. Wakamatsu (2008).

[3] The Guardian, 3 lipca 2007 r.

[4] A. Silke, „Holy Warriors: Exploring the Psychological Processes of Jihadi Radicalisation”, European Journal of Criminology t. 5 nr 1, 2008.

[5] R. Le Dousal, Commissaire de police en Algérie (1952-1962), Paryż, Riveneuve 2011.

[6] Journal Officiel de l’Union européenne, 12 lipca 2010 r.

[7] D. Della Porta, „Mouvements sociaux et violence politique”, w: X. Crettiez, L. Mucchielli (red.), Les violences politiques en Europe: Un état des lieux, Paryż, La Découverte 2010; I. Sommier, La violence révolutionnaire, Paryż, Les Presses de Sciences Po 2008.

[8] G. Kepel, Jihad: Expansion et déclin de l’islamisme, Paryż, Gallimard 2000.

[9] P. Persichetti, O. Scalzone, „Symbioza wywrotowego ruchu społecznego i walki zbrojnej”, Rewolucja nr 3, 2003.

[10] N. Elias, „Conflits de générations et célébrations nationales: Analyse et perspectives”, Cultures & Conflits nr 81/82, 2011.

[11] M. Moretti, C. Mosca, R. Rossanda, Brigate Rosse: Una storia italiana, Mediolan, Baldini Castoldi Dalai 2002.

[12] D. Della Porta, M. Rossi, Cifre crudeli: Bilancio dei terrorismi italiani, Bolonia, Istituto Cattaneo 1984.

[13] P. Persichetti, O. Scalzone, op.cit.

[14] N. Elias, op. cit.

[15] W filmie Mourir à tente ans, w reżyserii R. Goupila (1982), rozterki te przedstawiono w świetle losów Michela Recanatiego, kierownika służby porządkowej Związku Komunistów (LC), który w 1978 r. popełnił samobójstwo.

[16] J.-M. Rouillan, De mémoire (2). Le deuil de l’innocence: un jour de septembre 1973 à Barcelone, Marsylia, Agone 2009.

[17] H. L’Heuillet, Aux sources du terrorisme: De la petite guerre aux attentats-suicides, Paryż, Fayard 2009.

[18] Cyt. za G. Rot, „La construcción del sinsentido”, Le Monde diplomatique en español (Buenos Aires), maj 2011 r.

[19] Wypowiedź w filmie Ni vieux ni traîtres.

[20] L. Festinger, H. Riecken, S. Schachter, L’échec d’une prophétie, Paryż, Presses Universitaires de France 1993.

[21] A. Silke, op. cit.

[22] P. Hillyard, „The ‘War on Terror’: Lessons from Ireland”, European Civil Liberties Network, 2005.

[23] M. Moretti, C. Mosca, R. Rossanda, op. cit.

[24] Zob. „11-M. El relato”, suplement dziennika El País, 8 lipca 2007 r.

[26] Libération, 28 sierpnia 2004 r.

http://www.internacjonalista.pl

Dyskusja