Polska militarnie wesprze agresje na Mali

Mali-Islamists-Neurope-Polska armia weźmie udział w agresji na północnoafrykańskie państewko Mali. 8 lutego 2013 postanowienie w tej sprawie podpisał Bronisław Komorowski. Do Mali pojedzie ok 15 polskich instruktorów, którzy będą szkolić prozachodnią armię malijską. Zgodnie z decyzją szefa MON polski kontyngent wesprze okupację już w połowie Marca. Koszt udziału wyniesie 5,8 mln złotych.

Wydarzenia w Mali to pokłosie Arabskiej Wiosny. Na ich przykładzie mamy okazję obserwować jak działa neoimperialna układanka polityczna. Malijscy Tuaregowie byli wykorzystywani przez Kadafiego jako najemnicy do tłumienia libijskiej rewolty. Gdy reżim upadł, Tuaregowie powrócili do Mali, zaopatrzeni w broń i doświadczenie, które postanowili wykorzystać do odbicia części kraju i ogłoszenia na jej terenie własnego niepodległego obszaru (Azawadu).

Nie cieszyli się nim jednak zbyt długo. Sytuację wykorzystali tutejsi islamiści, którzy z kolei przegonili Tuaregów i zaczęli posuwać się naprzód, dążąc do przejęcia pełnej kontroli nad Mali. Siły islamistów tworzą Al-Kaida Islamskiego Maghrebu, Ruch na Rzecz Jedności i Dżihadu w Afryce Zachodniej oraz Ansar Dine.

17 stycznia 2013 do bezpośredniej inwazji lądowej przystąpiło wojsko francuskie (wspierane przez żołnierzy Czadu) tradycyjnie już przywiązane do kontroli na północną Afryką, zgodnie ze swoimi najkrwawszymi i starymi tradycjami kolonialnymi. Islamistyczna partyzantka dość szybko zaczęła się wycofywać, jednak w pewnym momencie zmieniła taktykę i przypuściła kontratak, dokonując szeregu zamachów samobójczych na posterunki wojskowe w jednym z większych miast Mali, Goa. Wywołało to panikę, która pozwoliła islamistom na krótko przejąć kontrolę nad niektórymi placówkami. Obecnie Francuzi przyznają, że utkną tu na dłużej, ponieważ malijska armia jest słaba, źle wyszkolona i skorumpowana, co czyni ją dość łatwym łupem dla dobrze zorganizowanych sił fundamentalistów. Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, gdy siły przeciwników są znacząco nierówne zapowiada się długa wojna partyzancka.

Panowanie nad Afryką Północną to część polityki panowania nad Trzecim Światem, dostępem do surowców, gospodarek zależnych, taniej siły roboczej, to pilnowanie inwestycji zachodniego kapitału, stawianie elektronicznych murów hamujących przepływ imigrantów. Za rzekomą troską o stabilność polityczną tych regionów, podpieraną hasłami o obronie „demokracji i porządku”, skrywa się walka o geopolityczne wpływy między współczesnymi potęgami.

Choć talibowie, islamiści, itp. nie są przyjaciółmi wolności, to jednak nie są także żadną szczególnie demoniczną rasą ani kimś wyjątkowym na tle prozachodnich afrykańskich reżimów, popieranych przez Zachód. Co więcej, zamachy na WTC są jak eksplozja zwykłego granatu w porównaniu z bombami atomowymi w Hiroszimie czy Nagasaki. Napalm, biały fosfor, bomby rozpryskowe, pociski ze zubożonym uranem wykorzystywane w Iraku, między innymi podczas tłumienia powstania Armii Mahdiego czy izraelska rzeź Palestyńczyków podczas Operacji Płynny Ołów, również w niczym nie ustępują zburzeniu dwóch amerykańskich wież. Tym, co naprawdę niepokoi władców Metropolii nie są zamachy terrorystyczne, lecz zdecydowana i uparta walka islamistów  z obecnością zachodnich reżimów w Trzecim Świecie.

reagan_taliban

Przypomnijmy, gdy Talibowie walczyli w Afganistanie ze Związkiem Radzieckim, w 1985 r. doszło do spotkania między ich przedstawicielami a prezydentem USA Ronaldem Reaganem. Powiedział on wówczas o Talibach:  „Ci dżentelmeni są moralnym odpowiednikiem amerykańskich ojców założycieli”, a także nazwał ich „wojownikami o wolność”

Zainteresowanym historią „stosunków” Francji i Afryki polecamy film, pokazujący bestialskie oblicze francuskiej polityki kolonialnej w Algierii:

Alterkino.org:  „Pacyfikacja w Algierii: brudna robota”

Dyskusja