Oddolna hierarchia wśród anarchistów – wywiad z ex-członkinią Kolektywu „Odzysk”

dsc01842Wstęp redakcji GwO: Zapewne każdy w środowisku anarchistycznym słyszał o konflikcie między skłotersami z Odzysku a Federacją Anarchistyczną – Poznań. Dotyczył on oddania skłotu Odzysk w ręce prywatnego właściciela w zamian za sumę, którą ten miał wpłacić na ruch lokatorski. Jedni tego chcieli, inni się na to nie zgadzali. O co w ogóle chodziło?

Chociaż od całej sprawy minęło już trochę czasu, uderzające pozostaje jak szybko została ona zamieciona pod dywan, a wszelkie rozmowy na jej temat – mimo, że wywołała wiele kontrowersji – odbywały i nadal odbywają się wyłącznie w prywatnych, towarzyskich kuluarach.

Mimo oburzenia wielu osób, tylko jeden z ex-odzyskowiczów odważył się złamać tabu powszechnego milczenia, publikując tekst „Odzysk nie na sprzedaż – Nie znaczy nie!„, gdzie między innymi tak wyjaśnił motywy jego napisania: „Po pierwsze by przełamać status quo. To co działo i wciąż dzieje się w Poznaniu uważam jedynie za jaskrawy przejaw choroby która toczy cały polski tzw “Ruch”. To choroba autorytaryzmu, braku solidarności i przemieszania konfliktów personalnych z ideowymi.”

Bardziej krytyczny od niejednego anarchisty okazał się także – o zgrozo – jeden z dziennikarzy poznańskiej Gazety Wyborczej, który w swoim felietonie skrytykował machinacje poznańskiej FA, jako nie licujące z buntowniczym etosem robienie interesów.

Nas jednak interesuje przede wszystkim to co dzieje się w środowisku anarchistycznym. Głos jednej osoby to wciąż za mało, a podejrzane status quo ciążyć będzie nad środowiskiem, dopóki nie będzie ono gotowe do otwartej dyskusji. Nie po to by komuś złośliwie dokopywać, ale by lepiej zrozumieć co się stało, przeanalizować i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Bo wbrew temu co sądzą niektórzy przypadek konfliktu między FA-Poznań a ekipą Odzysku nie był jakimś tam incydentem ani sprawą personalną, której ujawnienie może „niepotrzebnie zaszkodzić środowisku”, lecz stanowi przejaw zjawiska jak najbardziej politycznego i przedmiot anarchistycznej krytyki. Wymaga ono zajęcia jak najwyraźniejszego stanowiska, zamiast nabierania wody w usta. Problem władzy i hierarchii nie jest czymś co przychodzi do nas wyłącznie z zewnątrz, w dużo bardziej subtelnej i nieformalnej postaci może pojawić się w naszych własnych szeregach, wchodząc tylnymi drzwiami, tam gdzie najmniej się go spodziewamy, przeświadczeni o czystości intencji własnego środowiska.

Anarchia jako proces, rozwija się poprzez konflikt i krytykę, również pomiędzy nami. Dla anarchistów nie ma żadnych tabu i dogmatów. Nie potrzebny nam złudny konsensus i masowa konsolidacja, pod pretekstem rzekomo rychłych zwycięstw (które od lat nie nadchodzą), jeśli ich podstawę stanowić ma zaprzeczenie anarchistycznych zasad oraz naszej wolności tu i teraz. Zbyt często ten zachowawczy typ myślenia służy paraliżowaniu świeżej energii w naszym środowisku i dlatego musimy zająć się wypracowaniem większej niezależności w działaniu oraz podejmowaniu nowych ścieżek walki, bez oglądania się na starych/doświadczonych mędrców „ruchu” i jego anarchistyczne „autorytety”. W tym celu musimy lepiej przyjrzeć się chorobie autorytaryzmu oraz sposobom jakimi się rozwija. Dlatego właśnie powstał ten wywiad.

GwO: Dlaczego w sprawie Odzysku publicznie sprzeciwiło się tak niewiele osób? Stworzyło to wrażenie, że zasadniczo wszystko jest ok, a tylko pojedyńcza osoba idzie na wojnę i awanturuje się z poznańską FA. Brakowało mi w tym proporcji głosów i opinii, bym mógł wyrobić sobie własne zdanie.

Ex: Spore znaczenie mógł mieć fakt, że ta jedna osoba nie mieszkała już w Poznaniu. Publiczna krytyka sprzedaży Odzysku spotykała się z falą napastliwych i agresywnych reakcji ze strony FA-Poznań. Nawet przyjaciółka autora tekstu o którym tu mowa otrzymywała sms-owe pogróżki, więc nie dziwię się, że inni obawiali się zabierać głos. Tym bardziej, że część ex-odzyskowiczów próbowała otworzyć w Poznaniu nowy skłot i nie chciała narażać się na dalsze nieprzyjemności. Bądź co bądź mieli przeciwko sobie najbardziej liczące się środowisko w Polsce. Niemniej w kuluarach tekst spotkał się z pozytywnym oddźwiękiem. Myślę, że o tak powszechnym milczeniu zdecydowały zwykłe ludzkie reakcje – strach, zaszczucie, niechęć do toczenia batalii z tak wpływowym środowiskiem jak FA-Poznań.

GwO: Opowiedz nam jak to wszystko się zaczęło.

20 marca 2014 r. odbyła się druga licytacja Odzysku. Mieliśmy nadzieję, że sprawa zostanie odroczona. Zorganizowaliśmy dużą demonstrację w obronie skłotu na którą przyjechało sporo ludzi. Sądziliśmy, że władze ustąpią, jednak wynik rozprawy zaskoczył wszystkich. Skłot sprzedano spółce Paderewski, której przedstawicielem był Pan Woźny.
Zaczęliśmy dyskutować co robić dalej. Było kilka pomysłów, zdecydowanie dominowała chęć obrony budynku. Różnica zdań dotyczyła tego czy od razu otwarcie powiedzieć „Nie” czy też wejść w negocjacje po to by jak najdłużej opóźniać cały proces odbierania nam skłotu. Zwyciężyła ta druga opcja. Zaczęło się więc pokazywanie nam alternatywnych budynków do których mielibyśmy się przenieść. Graliśmy tak na zwłokę przez 1,5 roku. Niektórym to się nie podobało. W gronie Odzysku i FA-Poznań trwała na ten temat dyskusja. W pewnym momencie FA-Poznań stwierdziła, że będzie nas reprezentować w negocjacjach. Brała w nich udział także osoba od nas, ale była ona bliżej związana z FA.

GwO: Czemu nie chcieliście reprezentować się sami?

Byliśmy podłamani. W naszym kolektywie panowały kiepskie nastroje. Wejście w negocjacje wywołało między nami napięcia i spory. Doprowadziło do tego, że w końcu część osób opuściła skłot. Czuliśmy się zmęczeni całą tą sytuacją i utarczkami z FA-Poznań, która potrafiła czepiać się nas o totalne pierdoły.

GwO: O co na przykład?

Na przykład o to, żeby na naszych plakatach podpis FA-Poznań był umieszczany na pierwszym miejscu.

GwO: Ale to oni wam je drukowali?

Nie, robiliśmy je sami we własnej pracowni poligraficznej.
W pewnym momencie – w wakacje 2015 r – padła konkretna groźbo-propozycja wzięcia pamiętnych 125 tysięcy. Woźny powiedział, że albo dogadamy się polubownie i weźmiemy od niego kasę w zamian za wyprowadzkę albo nas wywalą. Rzekomo śpieszyło mu się żeby zacząć tam coś robić. Tymczasem budynek do dziś (listopad 2016) stoi pusty. Wymieniono w nim tylko kłódkę.

GwO: Czyli de facto znowu można by go zaskłotować?

Zgadza się. Po tej groźbie w naszym gronie znów rozgorzała dyskusja. Nagle FA-Poznań zaproponowała by pomysł wzięcia pieniędzy od Woźnego potraktować serio, mimo iż wcześniej mówili, że będą negocjować tylko dla ściemy. Gdy o tym usłyszałam nie mogłam w to uwierzyć. Podobnie jak wiele innych osób sądziłam, że to jakiś smutny żart.

Potem nastąpił tydzień decyzyjny w czasie którego odbyły się dwa ważne spotkania, jedno w gronie odzyskowiczów, a drugie w połączonym gronie Odzysku i FA-Poznań. Na naszym własnym spotkaniu, w którym uczestniczyło ok. 30 osób, tylko trzy osoby opowiedziały się za sprzedajną opcją FA-Poznań.
Wszyscy pozostali byli przeciwni i chcieli bronić skłotu. Różnica zdań dotyczyła raczej metod jakimi mielibyśmy to zrobić. Padały propozycje od od łagodnych po radykalne. Jedna osoba stwierdziła, że ma już tego wszystkiego dosyć i wstrzymała się od zabierania głosu.

Na spotkaniu z FA-Poznań sytuacja zaczęła przybierać absurdalny i niebezpieczny kierunek. Jedna osoba z tej trójki od nas, która głosowała za propozycją FA-Poznań, wstała i samowolnie oświadczyła, że zgadzamy się na wzięcie kasy. Trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Wywołało to duże emocje, ludzie zaczęli krzyczeć „O czym ty mówisz!? Co to za bzdury?!” Osoba ta broniła się, mówiąc, że przecież opcja FA-Poznań nie została między nami zawetowana. „Bzdury. Nie było takiej decyzji” padały oburzone odpowiedzi. Dyskusję szybko ucięto.

FA-Poznań nakłaniała nas, żebyśmy to zrobili. Padały z ich strony szokujące argumenty: „Trzeba przestać żyć ideami, wykazać się realizmem. Skłoting w Polsce się skończył.” Pół godziny, tylko tyle dyskutowaliśmy o tym czy się zgadzamy, a potem, przez kilka godzin, spierano się już jak podzielić tę kasę. Byli tak napaleni, że dzielili skórę na niedźwiedziu mimo naszego sprzeciwu.

My ze swojej strony od początku mówiliśmy: „Wyjdzie na to, że anarchiści sprzedali budynek, a tej kasy i tak nikt z nas nie zobaczy.” Jedna z osób broniła nawet „uczciwości” Woźnego: „To biznesmen. Dotrzyma słowa, bo zależy mu na swoim wizerunku”.

Trzeba podkreślić, że jedna osoba z Rozbratu stanowczo sprzeciwiła się postępowaniu swojego środowiska, mówiąc, że chociaż uważa, iż w ogóle nie powinniśmy brać tych pieniędzy to jednak jeśli zostałyby wzięte powinny iść wyłącznie na walkę z czyścicielami i zostać rozliczone co do grosza. Ze strony FA-Poznań padły wówczas słowa, że „w takim razie trzeba zastanowić się czy prawo weta ma sens, skoro niepotrzebnie przedłuża dyskusje”.

Cały wieczór kłócili się o hajs. Potem na stronie Rozbratu ukazało się oświadczenie dla prasy i tv podpisane przez Odzysk w którym podano do wiadomości, że zgadzamy się na sprzedaż. Mimo to, część z nas nadal chciała bronić skłotu, a część poddała się i wyjechała.

GwO: Jak to możliwe? Z jednej strony chcecie bronić skłotu z drugiej wydajecie oświadczenie, że postanowiliście oddać go kapitaliście w zamian za łapówkę? Kto w takim razie był autorem tego tekstu?

Wydaje mi się, że napisała go ta trójka od nas, która była za sprzedażą. Przez ostatni rok skłot dogorywał. Co prawda nadal sporo się na nim działo, ale ludzie tracili energię. Nie przypominało to wcześniejszego Odzysku. Dużo osób miało poczucie, że czego by nie postanowili, FA-Poznań i tak zrobi co zechce.

GwO: FA nie jest policją ani rządem. Na pewno mieliście jakieś pole manewru. Mogliście się zbuntować i iść własną drogą.

Trochę jest. Jako największa tego typu organizacja w Poznaniu mają wpływy, a więc i władzę. Mają też coś, co można nazwać ich własną policją. Może nie dosłownie, ale trochę tak. Pokazał to słynny Festiwal Szablonu podczas którego powstał szablon przedstawiający ludzika wrzucającego do kosza logo FA. Bardzo im się to nie spodobało. Wpadło potem do nas kilka osób ze współpracującej z nimi poznańskiej Antify i urządziło przeszukiwanie Odzysku w poszukiwaniu tego szablonu. Weszli do trzech pokoi i przewrócili je na lewą stronę. Kilka osób od nas oberwało wtedy nawet fizycznie. Jeden z chłopaków, który im się postawił miał potem na ciele siniaki. Nic nie znaleźli i sobie poszli.

Wreszcie na Odzysku odbyła się impreza pożegnalna. Robili ją Ci od nas, którzy byli za sprzedażą. Część osób w tym czasie postanowiła wynieść się na nowy skłot, co ostatecznie im się nie udało. Nie było na niej jednak zbyt wielu odzyskowiczów. Pojawili się jedynie Ci, którzy chcieli tam być po raz ostatni i patrzeć na ten pogrzeb. W międzyczasie z budynku powynoszono wiele rzeczy, zamykając pracownię litograficzną, wolną szkołę, kolektyw kłak, itp.

Niektórzy wciąż upierali się przy obronie skłotu. Ostatecznie nie zrobili tego z powodu panującego klimatu zastraszenia. Osoby te czuły się osamotnione w swoich staraniach. FA-Poznań zagroziła, że obrońcy skłotu nie będą mogli liczyć na pomoc prawną Anarchistycznego Czarnego Krzyża (ACK). Obawiano się też kolejnej reakcji Antify. Podczas jednego z wcześniejszych spotkań decyzyjnych jeden ze znanych mieszkańców Rozbratu uderzając pięścią w otwartą dłoń, przekonywał, że „policzymy się” z tymi którzy nie zastosują się do jedynej słusznej decyzji.

GwO: Wyłania się z tego dość ponury obraz. Twoje zdanie o FA-Poznań jest jednoznacznie negatywne?

To byłoby zbyt duże uproszczenie. Nie wszyscy w FA i Rozbracie są „źli”, a na Odzysku nie wszyscy byli „święci”. Nie można zapominać, że w FA też były osoby przeciwne tej transakcji.

GwO: Ok. Jak wpłynęło na Ciebie to doświadczenie? Czy zniechęciłaś się do dalszej działalności? Warto też zastanowić się jakie powinny płynąć z tego wnioski dla całego środowiska anarchistycznego w Polsce?

Dobitnie przekonałam się, że jeśli coś ma w swojej nazwie słowo „anarchistyczna/y” wcale nie oznacza to, że w swoich działaniach będzie kierować się anarchistycznymi metodami; że problem władzy i hierarchii pojawia się nawet wśród anarchistów. Tego rodzaju struktury mogą rodzić się tam gdzie najmniej ich się spodziewamy, w naszym własnym kręgu.

Nie zniechęciło mnie to jednak. Wręcz przeciwnie. Poczułam, że mam ochotę tworzyć coś zupełnie nowego, co faktycznie byłoby równościowym kolektywem opartym na konsensusie. Jeśli do czegoś się zniechęciłam to do skostniałych struktur. Nauczyłam się też ostrożności. Na inne kolektywy, grupy i niektore sprawy patrzę teraz z większym dystansem. Dopoki ich nie poznam, nie zakładam w ciemno, że będziemy kompatybilni.

GwO: Jak myślisz, w jaki sposób środowisko anarchistyczne może zapobiegać zjawisku nieformalnej władzy we własnych szeregach?

To trudne pytanie. Na pewno dobrze by było, żeby młodzi ludzie wchodzący do ruchu wykazywali się większą pewnością siebie i niezależnością; nie znajdowali sobie starszych, anarchistycznych idoli i nie patrzyli w nich jak w obrazek, bo tak właśnie tworzy się hierarchia. W takich sytuacjach ona powstaje niejako oddolnie. Nowe osoby poprzez swoje zachowanie pozwalają na takie rzeczy i w ten sposób same też przyczyniają się do jej powstawania.

GwO: Dzięki za udzielenie wywiadu!

 

Dyskusja

  • Wolna Dusza 1 rok temu

    Dobra wywiad. Brawo.

  • 1126 1 rok temu

    Bracia i siostry w anarchii, cały problem polega na tym, że nie ma czegoś takiego jak anarchistyczne sposoby działania. Wspomniane niedziałające veto (albo działające w sprawach nieistotnych), które jest symbolem konsensualizmu w kwestii rzekomo każdej decyzji jest tego najdobitniejszym przykładem. Organizacje, w których każdą decyzję podejmuje sie w drodze głosowań (oraz czasowemu kolegialnemu zarządzaniu) są cięższe, ale są właśnie organizacjami przygotowanymi do walki społeczno-polityczno-kulturowej (choć wydają się być bardziej hierarchiczne). Jeśli coś od dwudziestu lat działa jak sekta, wygląda jak sekta i ma strukturalne (autorytarne) cechy sekty, to jest sektą (bez względu na to co jest na ołtarzu lub ołtarzyku). Najzabawniejsze jest to, że osoby mające realną władzę doskonale zdają sobie sprawę jak takie drobnomieszczańskie świecidełka jak „tu wszyscy decydujemy wspólnie”, „każda osoba ma prawo zabrać głos” działają olśniewająco na osoby z reguły młode, z działaniami politycznymi zaznajomione z telewizji i starych książek, co najwyżej, dla których nakładka formalnej równowolności w grupie politycznej jest legitna i prawilna jak gwarancja poxipolu. Będąc w organizacji zawsze przychodzi czas do robienia rzeczy, które zostały podjęte drogą decyzji politycznych – jeśli decyzja ta jawi się jako wola wszystkich pewnie łatwiej podjąć działanie za pierwszym drugim i siedemdziesiątym razem. Do momentu, w którym orientujesz się nagle, że wszystko działa zupełnie inaczej, a Twoje zdanie, czasem bliższe bądź dalsze od kierunku komitetu centralnego, się nie liczy, bo o ile w formalnie głosujących organizacjach można wymienić komitet drogą głosowania, w takich – tadam! – nie. Szuka się wtedy powodów psychologicznych do niejako mechanicznego zrozumienia błędów sytuacji. W pierwszym szeregu pojawiają się zgodne z linią polityczną (gdzie rzekomo anarchizm nie odziela metod działań na zewnętrzne i wewnętrzne, bo stosuje strategie zbliżone do od-razu-porewolucyjnych): za duża hierarchia (zła dystrybucja czasu w rozmowach, patriarchat itd.), konflikty personalne itd. W tym momencie anarchizm okazuje się nieco niewydolną nakładką na źle organizowany opór społeczny z dobraną do tego eklektyczną „teorią”, wielką wiarą i uporem (co słuszne akurat) w medialną sprawczość trwania przy problemach lumpenproletariatu. Może wydawać się, że ostatnie zdanie nazbyt surowo ocenia osiągnięcia towarzyszek i towarzyszy anarchistów, ale nie neguje tych faktycznych (pozytywny wpływ na legislację prawicy w zakresie praw lokatorskich, wprowadzanie antagonizmu klasowego jako podstawy do działania związku zawodowego przy legalnych, organicznikowskich działaniach na małą skalę w tym zakresie). Klikam w klawiaturkę od kilku minut, bo być może ideowcy zawitają w to miejsce zwabieni ostatecznym starciem dobra (drobnomieszczańskich ideałów równości i wolności w organiacji antykapitalistycznej i antyrządowej w warunkach prokapitalistycznego rządu) ze złem (praktyką grupy politycznej drobnomieszczańskich ideałów równości i wolności organizacji antykapitalistycznej i antyrządowej w granicach prawa w warunkach prokapitalistycznego rządu) – życzę zdrowia. Inny świat jest możliwy, gdy zniszczymy stary, w którym staramy się walczyć i żyć.

  • , 1 rok temu

    no jezeli Rozbrat nie jest na sprzedarz… a Odzysk byl, to moze wygladac na hipokryzja, jednak ze strateginego punktu (pieniadze na walke) to byla trafna decyzja.

  • Xenon 1 rok temu

    A ktoś widział te pieniądze?

  • Ciekawy 1 rok temu

    Wlasnie – gdzie sa te dokladne rozliczenia? Ktos widzial pieniadze, a pozniej rozne rachunki?