Igor Oliniewicz – ‚List otwarty do kręgów anarchistycznych’

GwO: Publikujemy fragment książki uwięzionego białoruskiego anarchisty, zatytułowanej „Jadę do Magadanu”, udostępniony nam dzięki życzliwości Wydawnictwa Bractwo Trojka. Dziękujemy.

List otwarty do kręgów anarchistycznych

Witajcie!

Na początku chcę podziękować wszystkim tym, którzy wspierali nas w trudnych chwilach. Osobno chcę wyrazić wdzięczność ludziom pomagającym nam przed aresztowaniem. Wasza solidarność bardzo pomogła znosić trudności, które przypadły nam w udziale. Celem tego listu jest opowiedzenie o wszystkim, co było i jest.

Represje

igorW pierwszej kolejności chcę powiedzieć, że polemika między legalistami i illegalistami utraciła swoją aktualność. Sytuacja z całą pewnością świadczy o tym, iż w żadnym wypadku nie można liczyć na prawo, na ochłapy liberalizmu. Wymiar sprawiedliwości według własnego uznania decyduje, kto jest winny i jak należy postępować. W ten sposób władza gotowa jest zlekceważyć ludzi i prawo. To główna zasada jej funkcjonowania. Zachowywane są tylko pozory procedur prawnych. Kiedy władza czuje zagrożenie lub widzi szansę osiągnięcia korzyści, wtedy nawet te pozory są iluzoryczne. Aresztować człowieka, wytoczyć mu sprawę i posadzić można praktycznie bez żadnego wysiłku. Zapewniam, że tak jest, nie tylko i nie tyle na podstawie naszego przypadku, ile całokształtu działań organów ścigania, co z zewnątrz widać gołym okiem. Sprawy karne po 19 grudnia są rażącym świadectwem tego, że władza jest gotowa uciekać się do jawnego bezprawia, nawet gdy jej poczynania są najuważniej śledzone przez społeczeństwo i tu, i na Zachodzie. Takimi metodami władza rozprawia się ze wszystkimi, którzy są dla niej niewygodni: korupcja, gospodarka, kryminał — nieważne. Opierają oskarżenia na samych zeznaniach i hop ¬— do pierdla. Właśnie to chciał w mowie końcowej powiedzieć Sasza , ale dziennikarze wszystko przeinaczyli.

Zresztą, czas skończyć z legalistycznymi iluzjami: jeśli rzucasz władzy wyzwanie — bądź gotów odpowiedzieć jej wykraczając poza granice prawa. Jeśli ściągasz na siebie uwagę państwa, nie masz żadnych prawnych gwarancji.
Chcę zwrócić uwagę na to, że nie chodzi tu o radykalne akcje, ale o wszelkie anarchistyczne przedsięwzięcia, które władza uzna za wywrotowe. Konkretnym przykładem może być manifestacja pod siedzibą Sztabu Generalnego. Została ona uznana za chuligański wybryk i jej uczestnicy dostali poważne wyroki, z tym, że użycie rac dymnych nie było sprawą zasadniczą. Ile podobnych marszów odbyło już wcześniej! A teraz nie ma żadnej pewności, że za jakieś tam graffiti nie będzie się miało sprawy o chuligaństwo czy nawet o zniszczenie mienia. O poważnych sprawach, takich jak strajk, nie ma nawet co mówić. Cała nasza walka odbywa się w cieniu uniesionego sierpa procesu karnego.

Zdrajcy i zdrada

Niestety, idee nie gwarantują, że mamy do czynienia z przyzwoitym człowiekiem. Dokąd on sam nie znajdzie się w sytuacji wyboru, jednoznacznie nie można o nim niczego powiedzieć. Każdy powinien zadać sobie pytania: „Czy jestem gotów iść do więzienia?”, „Czy jestem gotów siedzieć za przekonania i nie za swoje sprawy?”, „Czy nie wydam kolegów za cenę własnej niewoli?”, „Co jest dla mnie ważniejsze: wolność czy reputacja?”. Kto nie może odpowiedzieć jednoznacznie, niech odejdzie i cichutko żyje swoim życiem, żeby nie wystawić ani siebie, ani innych.

Wiemy, że wśród całej masy ludzi, która przeszła przez przesłuchania, było czterech zdrajców. To Zachar, Arsen, Wietkin i Bura (jeśli jeszcze się usprawiedliwia, niech zamknie swoją psią mordę). Bojkot — to rozumie się samo przez się, ale to, oczywiście, za mało. Problem polega na tym, że oprócz jawnych gadów byli i tacy, którzy „po prostu” odpowiedzieli na pytania glin i pewnie zgodzili się na współpracę. Podpisać zgodę na współpracę można tylko w jednym wypadku: żeby zyskać na czasie, wyjechać za granicę i o wszystkim opowiedzieć. Tak zrobił Denis i nikt nie ma do niego pretensji. Dla tych, którzy podpisali i zachowali to w tajemnicy, nie ma usprawiedliwienia. Tajemnica wyjdzie na jaw i za wszystko trzeba będzie odpowiedzieć.

„Indymedia”

Ani represje, ani względy osobiste nie mogą usprawiedliwiać odejścia od podstawowych zasad anarchizmu: pluralizmu i demokratyczności. Działania białoruskich „Indymedii” były podłym aktem sprzeniewierzenia się zasadom w trudnych chwilach. Jak daleko sięgam pamięcią, po raz pierwszy tak bardzo podważono zaufanie wewnątrz ruchu. To paradoksalna sytuacja: z jednej strony zespół „Indymedii” piętnował „prowokatorów i radykałów”, a z drugiej starał się stanąć na czele kampanii solidarności. To jeszcze pół biedy. Najsmutniejsze było to, że znaczna część anarchistów przystała na taką politykę i nawet entuzjastycznie wspierała tego typu działania. Byli też tacy, którzy „Indymedia” osądzili, ale nadal wykorzystywali je jako główną platformę w kampanii solidarności. Wielu w ogóle to przemilczało. Byli i tacy, którzy pisali artykuły, tańcząc na kościach radykałów.

Jeszcze jesienią 2010 r. na avtonom.org ukazał się całkiem sensowny artykuł o „Indymediach”. Była w nim dobrze przedstawiona ich główna wada: zamknięty zespół, podlegający sobie samemu, działający jako platforma informacyjna zarówno dla całego ruchu anarchistycznego, jak i dla nieautorytarnych inicjatyw społecznych. Skutek jest taki, że „Indymedia” czują się uprawnione do uprawiania polityki redakcyjnej, wspierającej poszczególne segmenty ruchu anarchistycznego, które odpowiadają prywatnym przekonaniom członków „Indymediów”. Wydawać by się mogło, że wystarczy wymienić całe kolegium redakcyjne, ale sprawa rozbija się o dostęp do środków technicznych, a niewielu dysponowało takimi możliwościami. Dlatego też większość postanowiła przymknąć na to oko. Ale przecież tak nie można! Jeśli istnieje jakiś problem u źródeł, trzeba go rozwiązać tu i teraz.

Platforma niezależnych informacji, oferowana przez organizację (tę samą AD), choćby i niedoskonała, jest jednak znacznie lepszym rozwiązaniem, bo redakcja odpowiada przed członkami organizacji. „Indymedia” zaś nie odpowiada przed nikim i faktycznie jest samodzielną siłą.

Moje zdanie, podobnie jak Saszy i Koli, jest takie, że „Indymedia” stały się autorytarną strukturą, obcą ruchowi anarchistycznemu. Ich dalsza ewolucja doprowadzi redakcje do socjalno-liberalnego obozu, do czegoś w rodzaju modnej ostatnio Partii Piratów itp. Nie jest nam z nimi po drodze, tak jak i z tymi, którzy ich wspierali i usprawiedliwiali, oraz z tymi, którzy publicznie odcięli się od radykałów i podżegaczy. Bojkot.

System

Wiedza o aparacie sądowo-śledczym pokazuje, że najkorzystniejszą dla oskarżonego postawą jest odmowa składania zeznań, a dla świadków — „nie pamiętam, trudno powiedzieć”. Rzecz w tym, że zeznania można złożyć w sądzie, już po pozostałych zeznaniach. Dzięki temu pojawia się możliwość manewru. Nawet zaprzeczanie wszystkiemu podczas wstępnego śledztwa może dać śledczemu punkt zaczepienia do ukartowania sprawy. Może on dobrać albo sfałszować poszlaki tak, żeby zeznania oskarżonego okazały się nieprawdopodobne. Każda informacja, udzielona śledczemu i pracownikom operacyjnym to budulec wyroku. Właśnie dlatego gliniarze tak gnoją aresztowanych w pierwszych dniach po zatrzymaniu. Ani słowa! Niechby i wszystko wiedzieli. Olać to! Bez protokołu ta wiedza nic nie znaczy. W skrajnym przypadku, jeśli masz podstawy, by przypuszczać, że z podejrzanego staniesz się oskarżonym, lepiej wszystkiemu zaprzeczać, ale nie kłamać. Niech dadzą grzywnę, karę administracyjną, nawet kilkumiesięczny areszt — to wszystko lepsze niż dostać odsiadkę, albo wsypać kogoś innego. Jeśli nalegają, żeby sobie „przypomnieć”, naciskają, można kontratakować: „proszę mnie nie zmuszać do składania fałszywych zeznań”. To ostudzi zapał gliniarzy, zaczną się bardziej obawiać kontroli i dwa razy się zastanowią. W toku śledztwa były sytuacje, kiedy można było uniknąć konfrontacji. To nie zarzut — kto to mógł wtedy wiedzieć! — tylko rada na przyszłość. Każde słowo, każdy protokół daje szansę gliniarzom i odbiera ją kolegom. W najgorszym wypadku można samemu ucierpieć, ale mieć czyste sumienie. Rzecz w tym, żeby do organów ścigania dotarło raz na zawsze, że bez mocnych dowodów nie ma sensu się za nas zabierać. Błędów nie da się naprawić. W sądzie wszyscy widzieli, że nawet zbiorowe odwołanie złożonych wcześniej zeznań nic nie dało. Sąd zakwalifikuje to tak, jak będzie mu się podobało, a będzie mu się podobało tak, jak zechcą gliniarze.

Bezpieczeństwo

Jak się okazało, poziom bezpieczeństwa przepływu informacji nie jest najgorszy. Przynajmniej w porównaniu z opozycją. Wydaje mi się, że z niej można było czytać jak w otwartej książce. W naszym przypadku decydujące były informacje, które organy zdobyły dzięki czynnikowi ludzkiemu (czyli zdradzie). Sytuacja pozostawia jednak wiele do życzenia.

Sprawą kluczową jest używanie telefonów komórkowych. Poprzez historię połączeń pracownicy operacyjni rozpracowują całą sieć kontaktów. W ten sposób wiedzą, kogo zatrzymać w pierwszej kolejności. Telefon pozwala określić nie tylko operatora, ale też miejsce pobytu, łącznie z domem. Jeden jedyny telefon albo aktywacja numeru mogą wiele kosztować. Przykładem może być Wietkin, który — jak się okazało — włączał telefon w pobliżu ambasady i banku.

Komórek trzeba mieć kilka, do kontaktów z różnymi kręgami znajomych. Karty SIM — lewe, tzn. zarejestrowane nawet nie na znajomych, a na całkiem postronnych ludzi. Sensowna jest zmiana kart SIM i telefonów (lub przekodowanie ich) od razu przez całą grupę. Podczas zakonspirowanych spotkań — wyłączajcie telefony. Zawczasu, żeby przez nagromadzenie „podejrzanych” numerów nie spalić miejsca. I zawsze pamiętajcie: każde włączenie telefonu to ślad!

Kiedy korzystacie z Internetu, nie zapominajcie o IP — używajcie Tor nie tylko wchodząc na określone strony, ale też wpisując w wyszukiwarce wzbudzające podejrzenia hasła. Najlepiej w ogóle oddzielić prywatny dostęp do sieci od politycznego. Do spraw związanych z polityką, można wykorzystać osobny netbook / tablet z połączeniem wi-fi lub Internet mobilny. To pozwoli zwiększyć bezpieczeństwo i zapewni mobilność środków komunikacji, wykorzystywanych w aktywności politycznej.

Po pierwszych aresztowaniach trzeba było zatrzeć wszelkie ślady na komputerach, pendrive’ach i twardych dyskach. Chociaż z większości urządzeń wszystko zostało usunięte, pominięto niestety wiele drobiazgów. Na przykład numer IP komputera, z którego opublikowano na Youtube wideo ze Sztabu Generalnego – dobrej jakości nagranie (na którym, nawiasem mówiąc, rozpoznano szereg osób). Problemów przysporzył też twardy dysk z przywróconymi danymi i śladami korzystania ze strony nieszczęsnej nowopołockiej administracji (trzeba było to przepuścić przez niskopoziomowe formatowanie, przez program Elasek).

Zawartości archiwum „True Crypt” pracownicy operacyjni nie poznali. W aktach sprawy informatyk stwierdza, że nawet hasło złożone z ośmiu znaków daje ponad 32 tryliony kombinacji, a to zbyt dużo nawet dla systemów o wysokiej wydajności. Śledczy wspomniał jednak, że archiwum nie zostało otwarte tylko oficjalnie. Może chciał zobaczyć reakcję, a może i nie. Co do Skype’a nie mam żadnych wiarygodnych informacji: ani w aktach sprawy, ani w słowach śledczych nie przewijał się ten temat. Według moich obserwacji, historia rozmów przez Skype często pojawia się w sprawach karnych, z tym, że niektórzy zapewniają, że mieli wyłączoną historię czatu. Wydaje mi się, że lepiej korzystać z alternatywnych IP, bez centralnych serwerów.

Mimo wszystko część haseł do skrzynek wpadła w ręce śledczych. Albo hasła były słabe, albo było włączone automatyczne logowanie. Łatwe hasła, a tym bardziej automatyczne logowanie nie mają prawa bytu. To samo dotyczy poczty. Nie należy z niej wysyłać maili dotyczących działalności politycznej. Korespondencja nie powinna być zapisywana na twardym dysku. Do prowadzenia superważnej korespondencji w ogóle należy założyć specjalne konto (konta), żeby — w razie czego — nikt nie wiedział o jego istnieniu.

Zawsze i wszędzie wyłączajcie historię przeglądanych stron, pliki cookies itp. W miarę możliwości korzystajcie z wirtualnej klawiatury. To uniemożliwia działanie szpiegowskiego trojana Keylogger, który zapamiętuje naciśnięte klawisze. Na wszelki wypadek można używać specjalnych przeglądarek i wyszukiwarek, które nie pozostawiają śladów. Tak zbudowana jest, na przykład, jedna z wersji FireFoxa.

Wspomniałem o powszechnie wiadomych sprawach. Wielu to zlekceważyło, chociaż mieli czas. W rezultacie posłużyło to oskarżeniu. Niech każdy o tym pamięta.

Teraz czas powiedzieć o innych kryminalnych aspektach. Odciski palców — to już przeszłość. Teraz identyfikuje się ludzi na podstawie DNA, znajdującego się w ślinie, pocie, epidermie (tkance naskórka), nie mówiąc już o krwi i włosach. Wietkin wpadł przez rękawiczki ze śladami potu i naskórka, które zostawił gdzieś na podwórku niedaleko ambasady. Do tego doszedł sygnał z jego komórki. I tak się ma sprawa. W śledztwie wykorzystano przedmioty, znalezione na miejscu akcji: niedopałki, butelki, kawałki szkła, zapalniczki. Na flarze znalezionej koło aresztu śledczego odkryto ślady potu Dimy, chociaż ani odcisków palców, ani śladów naskórka na niej nie było. Krótko mówiąc, nawet przypadkowo zgubiony włos czy splunięcie może okazać się fatalne w skutkach. Mało tego: okazuje się, że nawet powietrze z pomieszczenia poddają analizie — przecież pot paruje.

W najbliższej przyszłości, płynnie przechodzącej w teraźniejszość, będziemy musieli stawić czoła znacznie poważniejszym wyzwaniom. Wraz ze wzrostem znaczenia portali społecznościowych i interaktywnego Internetu coraz prężniej rozwijają się programy automatycznie zbierające dane. Jednocześnie sukces odniosły programy rozpoznające twarz człowieka. Programy te mogą na podstawie przypadkowych ujęć z kamer monitoringu odnaleźć człowieka na udostępnionej fotografii, na przykład na portalu społecznościowym. Jeśli wziąć pod uwagę szybki wzrost liczby kamer miejskiego monitoringu i ich coraz lepszą jakość (dodajmy do tego jeszcze zdjęcia operacyjne), perspektywy są następujące: niedługo policyjne systemy identyfikacji i analizy będą w stanie z dużym prawdopodobieństwem tworzyć imienne listy uczestników masowych akcji wraz z pełnym profilem każdego z nich. Dane osobowe, kontakty, miejsca spotkań, trasy przemieszczania się, konta w sieci, zainteresowania itd. itp. Istnieją już firmy specjalizujące się w tworzeniu profilów osób poszukujących posad w korporacjach. I to nie jest futurystyczna opowiastka.

Struktura i czynnik ludzki

Analizując aparat śledczy doszedłem do wniosku, że poszlaki, śledczy i sąd, to sprawy drugorzędne. Największym wrogiem jest pracownik operacyjny i wszelkie ślady, na podstawie których może coś wywnioskować. Jeśli coś wywęszył, to wpakowanie człowieka do więzienia jest tylko kwestią techniczną. Zawsze znajdzie punkt zaczepienia albo go sfabrykuje. Jedyny sposób umknięcia ich uwadze to anonimowość. Moją propozycję można sprowadzić do trzech punktów:

Aktywista ruchu anarchistycznego powinien na co dzień stosować zasady bezpieczeństwa. Polityczne alter ego nie powinno być związane z konkretną osobą fizyczną. Ponieważ powodzenie naszej walki w dużej mierze zależy od funkcjonowania systemów informacyjnych i bezpiecznego użytkowania wrogich i neutralnych systemów, jesteśmy zmuszeni upodobnić się do grup hakerskich. Trwałość grup aktywistów internetowych typu Anonymous jest tego najlepszym dowodem.

Dla rozpowszechniania naszych idei z jednej strony ważne jest tworzenie treści wysokiej jakości (audio, wideo, obrazy, polifonia, tworzenie stron WWW), a z drugiej — przyswajanie i wprowadzanie w życie zasad poprawnego przekazywania i efektywnego odbierania informacji. Miałem okazję rozmawiać z profesjonalnymi politycznymi technologami i prawdę mówiąc, brakuje nam właściwego podejścia do tych spraw. Nie wiemy nawet, jak powstaje zwykły plakat, nie mówiąc już o innych rzeczach. Trzeba zapoznać się z tą technologią i wybrać to, co nie kłóci się z anarchistycznymi zasadami.

Struktura ruchu powinna bazować na autonomicznych grupach. Członkowie ruchu nie powinni wiedzieć o sobie nawzajem, gdzie kto mieszka, gdzie pracuje / uczy się. Pozwoli to zmniejszyć zasięg wpływu czynnika ludzkiego (zdrady) do jednej grupy. Otwartość większości członków ruchu i jego na wpół publiczny status, to koń trojański. Nie można zachować normalnego funkcjonowania w przypadku represji. Jawność prowadzi do tego, że człowiek zaczyna być śledzony, a taką sytuacje trudno nazwać sprzyjającą. Nasza sprawa jasno pokazuje, jak glinom dwa razy udało się dotrzeć do wewnętrznej korespondencji, co doprowadziło do pełnego paraliżu działania ruchu.

Własny wybór

Każdy z nas chce kimś być, coś osiągnąć w swojej dziedzinie, i do tego należy dążyć. Ale jednocześnie nasze życie w jednej chwili może zostać wywrócone do góry nogami. Perspektywa więzienia ciągle nam towarzyszy. Jeśli do tego dojdzie — nie traćcie głowy. Trzeba coś poświęcić, żeby zyskać coś innego, również cenne doświadczenie. W więzieniu życie się nie kończy, po prostu toczy się inaczej. Wcześniej albo później wyrok dobiegnie końca i w perspektywie pojawią się nowe możliwości i plany, które może bez więzienia nigdy by się nie ujawniły.

Nie należy niczego żałować. Trzeba iść do przodu, bez kompromisów.
Niech żyje Rewolucja Społeczna!
Niech żyje Anarchia!

Wiosna 2012 r.

 

PATRZ TAKŻE:

Dyskusja