Książka: Robert Menasse – "Błogosławione czasy, kruchy świat"

i-blogoslawione-czasy-kruchy-swiat

Jest to dramatyczna i groteskowa zarazem historia dwojga studentów żydowskiego pochodzenia – Leo Singera i Judith Katz – rozgrywająca się w Wiedniu i Sao Paulo. Z inwencją i smakiem Robert Menasse ukazuje równie tragiczną, co żałosną postać młodego człowieka, pragnącego za wszelką cenę napisać dzieło życia. Judith ma być jego muzą i wspierać go w stworzeniu systemu filozoficznego, który raz na zawsze wyjaśniłby świat. Jej śmierć udostępnia mu poznanie tajemnicy życia. Ale czy Judith rzeczywiście nie żyje?
Ta powieść to nie tylko żydowska saga rodzinna z elementami prozy filozoficznej, to także elegia o ludziach, którzy tworzyli na Zachodzie tzw. pokolenie’68, a przede wszystkim opowieść o pułapkach ludzkiego umysłu, o wielorakim niespełnieniu i o miłości, która nigdy miłością nie była.

Początek książki:

„Dwudziestego szóstego lutego 1959 roku w monachijskiej Starej Pinakotece pięćdziesięciodwuletni wówczas Kurt Walmen oblał żrącym płynem obraz Rubensa Upadek potępionych. Malowidło zostało uszkodzone na zawsze. Zamachowiec opuścił miejsce przestępstwa niezauważony, ale jeszcze przed pojawieniem się w galerii Bawarskich Zbiorów Państwowych rozesłał listy do agencji prasowych i redakcji gazet, w których przyznawał się do tego czynu i uzasadniał go. Pisał, że musiał „poświęcić” to jedno dzieło sztuki, żeby uratować inne osiągnięcia artystyczne ludzkości, ba, całą ludzkość, gdyż świat zmierza ku nowej wojnie. On jednak, Walmen, opracował system, w którym filozofia jest domyślana do końca i gdyby ludzkość ją poznała, zmieniłoby to gruntownie świat i zapewniło trwały pokój. Chcąc znaleźć posłuch dla swoich tez, niezbędnych dla pomyślnej przyszłości świata, jako całkowicie nieznany człowiek nie miał innej możliwości zwrócenia na siebie uwagi niż w ten sposób, bomby atomowe zrobiłyby bowiem zupełnie inny porządek niż odrobina kwasu. Walmen miał zamiar przekształcić własny proces w trybunę, z której zaprezentowałby swoje poglądy.
Następnego dnia sprawca zgłosił się na policję. Podczas procesu sędzia nie dał jednak oskarżonemu okazji do wygłoszenia swojego przesłania. Uznano, że Walmen, nazywany przez media „szaleńcem” i „fantastą”, jest w pełni odpowiedzialny za swój czyn, i skazano go na karę więzienia bez możliwości odwołania się od wyroku, po czym wkrótce o nim zapomniano.
Kiedy Leo Singer i Judith Katz poznali się w Wiedniu wiosną 1965 roku, właśnie ów Kurt Walmen był przedmiotem ich pierwszej dłuższej rozmowy. Singer obszernie rozwodził się nad zapoznanym samozwańczym geniuszem i niedoszłym refomatorem świata, z emfazą, która jego samego dziwiła wobec oszałamiającego fizycznego powabu, jaki miała dlań Judith. Ten powab, jak mu się zdawało, czynił go bezwolnym i milczącym, tak że sam nie wiedział, skąd się biorą te wszystkie słowa. Dla ich związku, który, poczynając od owego dnia, miał trwać przez osiemnaście lat, ta uwertura była tak typowa, jakby Singer świadomie ją wymyślił, wiedząc już z góry o swoim końcowym czynie, jakby kiedyś chciał go wytłumaczyć jako ostatnią logiczną konsekwencję samego początku.
Trzeba to sobie wyobrazić, powiedział Singer, oczekując zgody, a tym samym wspólnictwa ze strony tej kobiety przeciwko całej reszcie absurdalnego świata, że dziś człowieka określa się mianem szaleńca, kiedy chce zmienić świat albo kiedy mówi, że domyślał filozofię do końca. Ale co na przykład powiedział Wittgenstein, napisawszy Tractatus? Dokładnie to samo!”

Dyskusja